HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

niedziela

31

Marzec 2013

9

komentarzy

Największe jaja… tylko na Wielkanoc!

Napisała: , w kategorii: styl życia

Ale jaja! śmiem wykrzykiwać dziś od rana!
Odsłaniając rano roletę chciało mi się śmiać i płakać zarazem. Świat pogrążony w ciemności i śniegu… a tu wołać trzeba Wesołego Alleluja! Nikt nie woła… Mr.Tata tylko mruczał pod nosem „Santa Claus is coming to town”.

A choinka na balkonie wciąż stoi jak żywa, aż chce się ją w bombki przyodziać…

Nie chcąc sobie psuć nastrojów, zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Święta w rodzinnym gronie, to jest to czego dziś potrzeba. Kąpiel, pakowanie upominków, makijaż, fryzura, szykowanie torby z rzeczami Małego… i co tam śnieg za oknem, zamszowe botki i krótka sukienka wprawiły mnie w dobry nastrój.

Godzina 12.00 zamykamy mieszkanie. Wychodzimy. Śnieg śniegiem… ale zaskoczyła nas zamieć śnieżna! Nie widzieliśmy nawet samochodu. Mały tak się przestraszył, ze zgubił gdzieś po drodze autko, które trzymał w dłoni. Wróciłam po nie, ale niestety… w te kilka minut śnieg zdążył zatrzeć ślady. Pierwsza strata dzisiejszego dnia…

Wsiedliśmy do auta. Ja i Synek. Mąż dzielnie wziął się za odgarnianie. Niestety nim z jednej strony śnieg zgarnął z drugiej było na nowo zasypane. Wyjeżdżamy po ok 20 minutach. Nic nie widać. Wszędzie biało. Nie da się odróżnić drogi od chodnika… Zatrzymaliśmy się za światłami, przy Lidlu… jakieś 5min drogi od domu. Dziś jechaliśmy chyba minut 30…

Podjęliśmy decyzję, że wracamy. Dzwonimy. Teściowa posmutniała… bo przecież tak się cieszyła, tak naszykowała… Zrobiliśmy szybki bilans zysków i strat… i podtrzymaliśmy decyzję o powrocie do domu.

Zawracamy. Mr.Tata zahaczył kołem o krawężnik. Udało nam się okrążyć Lidla nim zorientowaliśmy się, że złapaliśmy gumę. Wjechaliśmy na parking. Zostawiliśmy auto i zdecydowaliśmy się wracać do domu na nogach. Zazwyczaj spacer spod Lidla zajmuje nam 20-30 min. raźnego marszu. W tych warunkach bałam się myśleć, o której będziemy w domu…

Mr.Tata wziął Małego na ręce, ja wzięłam torby. I patrzę: wybawienie! Na pobliski przystanek podjechał nagle autobus. Nasz autobus. Biegnę! Krzyczę do Mr.Taty: „Zatrzymam kierowcę”. W tym momencie czapka spada mi na oczy, a ja się potykam o ten sam krawężnik, o który zahaczyliśmy autem…

wywinęłam orła… takiego orła, że śnieg miałam w majtkach… Leżałam jak długa… O nie! Zamszowe botki nie nadają się na śnieg! Absolutnie! Mr.Tata podchodzi do mnie leżącej jeszcze… „Żyjesz?”

Spojrzałam na odjeżdżający autobus… parsknęłam śmiechem. Tak! Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Ucałowałam Małego, który ewidentnie był przerażony całą sytuacją.

Wracaliśmy do domu… 45minut pieszo, w zaspach i zamieciach…

Mały przestraszony, zmęczony i głodny, Ja przemoknięta i zmarznięta i Mr.Tata zgrzany i spocony, bo przez prawie godzinę niósł dzielnie na rękach co najmniej 15kg (włączając ubrania zimowe).

I jak cudownie, że w lodówce miałam jeszcze wczorajszy żur… Dziś smakował nieziemsko… gorący i sycący… Mały poszedł spać, a my otwarliśmy czerwone wino i pomyśleliśmy stukając się kieliszkami… jak to miło móc zasiąść z rodziną przy suto zastawionym stole… może w przyszłym roku…

Wesołego Jaja!

9 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *