HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

poniedziałek

5

Październik 2015

16

komentarzy

PKO Silesia (pół)Marathon. Subiektywnie…

Napisała: , w kategorii: bieganie

… czyli „Jak nauczyć się pokory w dwie godziny”.

Do półmaratonu przygotowywałam się dokładnie przez 6 miesięcy (Projekt 21). Chciałam podejść do tego zdroworozsądkowo. Trenowałam wg planu. Biegałam wg planu. Trening siłowy ułożyłam pod kątem biegania. Dieta też została dostosowana. Wszystko miało zmierzać w jednym kierunku: przebiec 4 października 21km. Proste?

No proste.

Wszytko szło doskonale. Z treningu na trening byłam mocniejsza i szybsza. Trochę pauzowałam podczas miażdżących letnich upałów, ale nadganiałam w każdy możliwy chłodniejszy dzień, licząc na to że październik przywita mnie przyjemną, jesienną aurą. NIENAWIDZĘ biegać w słońcu i w wysokich temperaturach! Aż przyszedł czas na sprawdzian: czy ja w ogóle dam radę przebiec 21km? 

Wybrałam na to moment idealny. Piękny, pochmurny dzień z umiarkowaną temperaturą. Lekkim chłodem nawet. Ja w szczytowej formie. Wychodziłam na trening i wiedziałam, że to TEN czas. Biegłam więc po dobrze znanej trasie, omijając miejsca, które były dla mnie niewygodne, mając w głowie wyjście awaryjne „jak coś pójdzie nie tak, skończę wcześniej i wrócę do domu”. Wszystko okazało się być na TAK. Swoje pierwsze 21km zrobiłam w czasie 2 godzin i 3 minut… Nieźle. I wtedy właśnie nieskromnie zaświtała mi myśl… Skoro trening poszedł tak dobrze to na starcie uda mi się urwać może… 5minut i zakończyć bieg poniżej 2h?

A potem los utarł mi nosa i zesłał na mnie kontuzję (Kontuzja. I co dalej?) i przeziębienie, co znacznie mnie osłabiło. Wtedy zrozumiałam, że lekko nie będzie. Ale uczepiłam się myśli, tej nieskromnej, że dam radę wykręcić wymarzony czas. Ja zawsze daję radę przecież.

Czekałam już tylko na mój debiut.

Dzień Startu.

1

08:10
Podjechałam pod Silesia City Center skąd startował PKO Silesia Marathon, z dużym zapasem czasowym obawiając się późniejszych problemów z dojazdem (zamknięcie dróg). Było mi to na rękę, bo i tak emocje obudziły mnie już o 05:00 rano i pewnie gdybym nie wyjechała tak wcześnie, snułabym się po domu bez celu. Tak przynajmniej snułam się po „mecie” wizualizując sobie finish. Dodatkowo miałam okazję zobaczyć start maratończyków.

08.30
Ciepło. Słońce jeszcze nisko, ale już razi w oczy. W strefie przedstartowej ustawiają się maratończycy. Gra orkiestra. Przemawiają notable, w tym Prezydent Miasta. Potem czas na profesjonalną rozgrzewkę…

4

08.55
Orkiestra odprowadza maratończyków na linię startu. Zazdroszczę im, że już zaczynają swój bieg. Czekanie nie jest moją mocną stroną.

09:00
Start.
A ja cofam się do strefy kibica. Jeszcze półtorej godziny… Czuję się znakomicie, choć z niepokojem spoglądam w niebo. Ani jednej chmurki jak na razie. Za to dość przyjemnie wieje. Może ten wiatr nagoni czegoś na niebo… czegoś co by choć trochę nas osłoniło?

09.30
Czas na rozgrzewkę. Robię rundkę wokół SCC spokojnie, wolno. Potem rozciąganie. I czekam dreptając z nogi na nogę, włócząc się z jednego miejsca w drugie. Usiłuję wykonywać jakieś nieskoordynowane ruchy, ale moja głowa jest już na starcie.

10.10
W strefie przedstartowej ustawiają się pół maratończycy. Rozglądam się wokół szukając znajomych twarzy… Brak. Jestem sama, zdana na siebie. Ustawiam sobie w głowie ten bieg. Wokół dudni muzyka. Orkiesty brak. Poprowadzonej rozgrzewki brak. Do mikrofonu mówią, że mamy sami się rozgrzać, bo to ważne. Przemawia do nas Ktoś z Urzędu w imieniu Prezydenta. Nie pamiętam. Przedstawiciel Organizatora.  Niewiele do mnie docierało z tego co mówili. Zresztą podejrzewam, że każdy z biegaczy był już w swoim świecie. Jedni ze słuchawkami na uszach, drudzy robili rozgrzewkę, inni byli pochłonięci rozmowami…

5

10.25
Podążamy na linię startu za „panem Bogusiem”. Tak naprawdę nie pamiętam, czy pan który nas prowadził miał na imię Boguś. Ale uderzył mnie kontrast pomiędzy przemarszem maratończyków, którzy szli w towarzystwie orkiestry dętej, a nami, pogrążonymi w ciszy, podążającymi za jakimś tam panem…

10.30
Start.
No. To na ten moment czekałam przez ostatnie pół roku. Zaczęło się! Pierwszy kilometr, pierwszy podbieg. Ten sam, który zmasakrował mnie na „Biegu Korfantego”. Spodek kojarzy mi się od tamtej pory tylko z tym podbiegiem. Ale teraz jest inaczej. Może dlatego, że to początek biegu i cały zapas sił w nogach. Niesie mnie tłum, niesie adrenalina… Czas dobry. Chyba najlepszy jaki robiłam. 8km za mną a ja nie odczuwam zmęczenia. Biegniemy przez Siemianowice. Nie znam tego miasta, nie znam trasy. Nie wiem co mnie czeka. Trochę denerwuje mnie to słońce bo grzeje w głowę, grzeje w buty, a cienia jak na lekarstwo.

11.20
10km
Zaczynam czuć się niekomfortowo. Zwalniam. Kontuzja przypomina mi, że ją nie doleczyłam. Boli. Zaliczam kolejny podbieg. Boli jeszcze bardziej. Przy zbiegu mniej. Mijam punkt odżywczy, chwytam swój pierwszy kubek wody. Lepiej. Choć biegnie się ciężej.

11.40
13km
Ile podbiegów już zaliczyłam? Mam wrażenie, że trasa składa się z samych podbiegów i zbiegów. Jest ciężko. Widzę jak na wysokości Akademii Ekonomicznej ktoś schodzi z trasy. Rezygnuje. Słońce i podbiegi. Zwalniam jeszcze bardziej. Przechodzę do marszu. Łykam środek przeciwbólowy i liczę, że zadziała w 10 sekund. Nie działa. Byle do Parku.

11.55
15km
Dolina Trzech Stawów
Cień, chłód. Zatrzymałam się. Wszystko mnie boli. Pierwszy raz podczas biegu poczułam całkowitą niemoc. Chciałam zrezygnować. Serio. Widziałam jak odchodzą kolejni biegacze. Dookoła słyszałam „K..wa”, „to masakra jest nie bieg”, „pie…le to”.I wtedy sobie przypomniałam jak mówiłam znajomym przed biegiem „byle dotrwać do 15km, a potem to już dojdę, jak będzie trzeba”. Ze śmiechem to mówiłam. I żal mi się zrobiło tych kilometrów, tej walki, zaciskania zębów i zmuszania się do stawiania równego kroku. Wypiłam szybko dwa kubki izotoniku, a że słodki to popiłam dodatkowym kubkiem wody. Trochę pożałowałam, że wlałam w siebie tyle płynu na raz, bo w pustym już żołądku zaczęło mi chlubotać głośniej niż w bidonie. Marsz. Byle do przodu…

12.00
16km
prawie już za mną a tu miła niespodzianka. Kurtyna wodna. Sklep biegacza dopinguje. Łapię kolejny kubek wody. Czuję jak mocno jestem odwodniona. I nagle słyszę za sobą głos: „biegnij. Dasz radę. Spróbuj”. Głos nie należy do kibica, a do biegacza, który właśnie do mnie podbiegł. Zrywam się i biegnę. Krótka rozmowa w trakcie „Skąd jesteś? Jak się nazywasz? To twój pierwszy półmaraton?” i całkowicie zapomniałam o tym że biegnę.

12.10
17km
Kolejne podbiegi.
Mój Anioł Stróż ma na imię Adam, przyjechał z Radlina. „Czy wiesz, gdzie jest Radlin?” „No. Mam tam znajomego biegacza”. Chyba. Nie to nie Radlin. To coś „w okolicy”. Chyba. Niczego już nie jestem pewna. Przechodzimy do marszu. „Trzymaj tempo Kasia, przyśpiesz”.
Zbieg… Lecę. Tracę Adama z oczu. Rozglądam się. „Jestem, jestem” słyszę za sobą. Uff…

12.25
19km
Skupiam się na równym tempie. Podbiegi marsz, zbiegi bieg. I tak w kółko. Ileż można? Zapominam o bólu. Albo nie. Mówię „Boli mnie już tyłek”. „A mnie kolana” słyszę. „To super” uśmiechamy się i biegniemy dalej.

12.37
20km
ostatnia prosta. Widać już SCC. Czuć metę. Pomyślałam, że skoro już jestem tak blisko to docisnę… Widzę jak leży człowiek, nieprzytomny. Słyszę jadącą karetkę. Pewnie o tym samym pomyślał… Zero dociskania. Truchtam sobie. „Ostatnia prosta, leć. Ja sobie poradzę” mówię. „ok”. I Adam dalej dotrzymuje mi kroku.
Zgubiłam go już na terenie SCC, w „strefie przedstartowej”. Biegnę do mety…

12.44
Ręce w górę. Jestem.

6 7 8

Czas 02:14:24
Adam przybiegł 8 sekund po mnie. Czekam za linią mety, by uścisnąć mu dłoń. „Dzięki serdeczne” mówię. „Świetnie Ci poszło. Super czas jak na pierwszy raz” słyszę.

Dobrze mi poszło…

„Nigdy więcej!!!” rzucam w eter!
Nigdy więcej.

Potem siadam. Uspokajam oddech. Uzupełniam płyny. Patrzę jak na metę wbiegają kolejni biegacze. Uśmiecham się. Jestem szczęśliwa.

2

To był najlepszy bieg w moim życiu. Przez te dwie godziny przeczołgałam się przez skrajne emocje. Od euforii, poprzez gniew, strach, bezsilność, rozpacz, aż do skupienia i spokoju. Nauczyłam się pokory w tempie ekspresowym. Nauczyłam się, że nie ważne co chcesz dostać, co chcesz zrobić. Ważne kim jesteś w najtrudniejszych momentach. W warunkach, które nie zależą od Ciebie i wcale nie są po Twojej stronie.

Ja jestem po swojej stronie. Tej pięknej, słonecznej niedzieli stoczyłam walkę, o którą sama siebie nie podejrzewałam. Udowodniłam sobie, że stać mnie na działanie pomimo wszystko. Potrafię się pozbierać mimo wszystko. Tak wiele czynników nie zagrało tego dnia: pogoda, trasa której się nie spodziewałam, kontuzja, a mimo wszystko to był mój najpiękniejszy bieg. Zapamiętam go do końca życia. A czas:

02:14:24

uważam, za najlepszy jaki mogłam zrobić. Tego dnia pobiłam wiele rekordów, zrobiłam wiele życiówek. W głowie działo się najwięcej. Takie właśnie biegi kształtują charakter.

Dowiedziałam się też, że można liczyć na wsparcie nawet o nie nie prosząc. Że są ludzie obok, którzy widzą to czego nie chcesz pokazać: że potrzebujesz pomocy. Jestem za to bardzo wdzięczna. Mój Anioł Stróż czuwał nade mną. Biegł obok.

Podtrzymuję: biegacze to najlepsza grupa sportowców ze wszystkich mi znanych. Takie wsparcie (choćby zdalne), zrozumienie, doping, pomoc można mieć tylko od nich.

Twój bieg. Twoje zwycięstwo.

To Twoja walka.

16 komentarzy

  1. Maggie
  2. Adam z .....Radlina
  3. Sylwia
    • Kasia
    • Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *