HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

środa

5

Październik 2016

2

komentarzy

PKO Silesia Marathon 2016 – relacja z półmaratonu.

Napisała: , w kategorii: bieganie

Dokładnie rok temu przebiegłam swój pierwszy półmaraton. Debiutowałam u siebie, w Katowicach na PKO Silesia Marathon. Wydawało mi się wtedy, że to mądre posunięcie, ale jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało moje myślenie. Przekonałam się na własnej skórze, jak bardzo nie znam swojego miasta. Myślałam, że będzie prosto, a było piekielnie trudno. Do tego stopnia, że przypłaciłam ten bieg kolejnymi kontuzjami. Zresztą o mojej zeszłorocznej walce możecie przeczytać w osobnej relacji:

>>>PKO Silesia (pół)Marathon. Subiektywnie <<<

Czy żałowałam? Nigdy w życiu!
Tego czego nauczyłam się wtedy o sobie, o innych ludziach, tej lekcji pokory nikt mi nie odbierze. I muszę przyznać, że odrobiłam zadanie domowe. Nauczyłam się dystansu do własnych umiejętności. Nie ważne jak szybko i jak daleko potrafię pobiec na treningu. Na oficjalnej trasie liczy się tylko spokój i chłodna kalkulacja swoich własnych możliwości.

Przez pół roku po zeszłorocznym biegu pauzowałam z bieganiem. Stawałam na nogi, a decyzję o powrocie na start podjęłam dopiero w połowie sierpnia, czyli niemal przed ostatnim dzwonkiem. Decyzja zapadła. Startuję. Nie miałam czasu już na porządny trening. Skupiłam się jedynie na dwóch aspektach: równym tempie (skoki tempa zmasakrowały mnie za pierwszym razem) i podbiegach (dobiły mnie dosłownie).

Tydzień przed startem zaczęłam się stresować. Trzeba być chyba niepoważnym, by znów bez większego przygotowania stanąć na starcie katowickiego półmaratonu. Ale tym razem miało być inaczej…
… Na bieg zapisał się mój małżonek… Hmm… Kozak jeden. Niemal wyzionął ducha robiąc swoje pierwsze (i jedyne! przed startem) 15km, a chciał się ze mną ścigać na 21… Dobre!

No cóż… pomyślałam, że pewnie muszę oddać to co dostałam w zeszłym roku i być wsparciem dla początkującego biegacza. Taka Karma.

Wraz z odbiorem pakietu startowego nastąpił spokój. Cisza przed burzą.
W niedzielę podjechaliśmy pod Silesia City Center (miejsce startu) z samego rana, chcąc uniknąć problemów z parkowaniem i dojazdem. Kto mnie zna ten wie, że ja wolę być na miejscu godzinę przed czasem niż pozwolić sobie na pięciominutowe spóźnienie. 8.30 to chyba dobry moment na dotarcie do celu skoro start półmaratonu miał mieć miejsce o 10.30?

PKO Silesia Marathon 2016
W sumie obejrzeć start maratończyków – bezcenne! Orkiestra Górnicza, DJ i jego trafione w punkt AC/DC, powitanie biegaczy przez prezydenta Katowic, Marcina Krupę oraz przez organizatorów biegu i przedstawicieli fundacji PKO Biegajmy Razem, przyznaję był klimat. No i ten ścisk w sercu, że oni już startują, a my jeszcze czekamy.

 

Na godzinę przed startem zrobiłam sobie przebieżkę wokół centrum handlowego, by o 10:00 pojawić się na linii startowej i przyłączyć się do grupowej rozgrzewki. Temperatura skoczyła w górę. Nie tylko moja… słońce przebiło się przez chmury. Czyżby miał się powtórzyć zeszłoroczny scenariusz?

wp_20161002_10_13_52_pro

Znów przemowy, znów AC/DC, włożyłam słuchawki do uszu, przygotowałam Endomondo, uruchomiłam zegarek. Spojrzałam w stronę małżonka:
– gotowy?
– luzik!

Jasne.

3…2…1… START.

Ruszyliśmy równo. Na szczęście ulica Chorzowska jest na tyle szeroka, że nikt z tego tłumu biegaczy nie deptał sobie po piętach. Mogliśmy spokojnie rozwinąć taką prędkość jaką chcieliśmy, zwłaszcza że było z górki. I co z tego, że znów zaczęłam zbyt szybko, skoro wcale nie czułam tej prędkości. Trasa w tym roku miała odwrotny kierunek, co pozornie miało ułatwić nam bieg, a tak naprawdę jedynym swobodnym odcinkiem było pierwszych 6km. Ilość podbiegów chyba się nie zmieniła. Ale ja nie narzekam. Nie tym razem.

Gdy zorientowałam się, że jednak mogę nie wytrzymać tego tempa, zwolniłam. Nie zwracałam uwagi na mijających mnie biegaczy. Wojciech obejrzał się za mną i pyta czy wszystko ok. Stuknęłam się palcem w czoło i krzyknęłam:
– za szybko biegniesz!
Nie usłyszał. Słuchawki miał na uszach. Pokazał jedynie gestem, że OK i pognał do przodu. Ech… jak sobie chce – pomyślałam. Ja miałam swój plan: 5:30 – 5:40.

Dogoniłam go na pierwszym poważnym podbiegu. Górce kończącej jakże przyjemny etap biegu w cieniu i zieleni, na Dolinie Trzech Stawów. Minęłam go bez zadyszki, gdy on zwalniał tracąc siły.
– Zwolnij trochę! – powiedziałam jeszcze i wbiegłam w tunel.

Nie posłuchał. Oczywiście, że musiał mnie przegonić. Na 9km sięgnęłam po wodę, zwolniłam by spokojnie wypić cały kubek. Obiecałam sobie, ze będę się nawadniać przy każdym punkcie. Priorytetowo. W zeszłym roku przez odwodnienie o mało nie ukończyłam biegu.

Nabrałam sił i pognałam do przodu w swoim tempie. Okazało się wystarczające by dogonić małżonka i ostatni raz na trasie klepnąć go w plecy, zdjąć słuchawki i powiedzieć:
– Biegniesz za szybko. Zwolnij, bo wykończą Cię podbiegi. See you!
Chrzanić Karmę!

Nie wiem czy posłuchał, ale podbiegi, jak się okazało później go wykończyły.

14km Siemianowice Śląskie. Pierwszy długi podbieg zrobiłam dość gładko. Na drugim uśmiechnęłam się do siebie? Serio? Kolejna górka? W głowie analizowałam zapas sił. Układałam na szybko nową taktykę biegu. Do mety przecież trzeba dotrzeć i tyle. Szybki marsz pod górkę. Potem trucht. Na szczycie Marek z Droga do Tokio zagrzewał nas do biegu:
– To ostatni podbieg – krzyczał – potem macie z górki!
Kłamca.
Ale doceniam.

Kolejny przystanek zrobiłam 2km przed metą. Zbieg na ulicę Chorzowską wzięłam zbyt szybko i skoczyło mi tętno. Spojrzałam na zegarek. Czas poniżej 2h. Wiedziałam, że jest dobrze, więc bez wyrzutów sumienia przeszłam do marszu. Nagle czuję jak ktoś klepie mnie po plecach:
– dasz radę! Już widać metę! Nie poddawaj się! Biegnij!
Uśmiechnęłam się szeroko:
– i tak mam już życiówkę. Nawet jeśli dojdę do mety marszem. Ale spokojnie. Nic mi nie jest. Muszę uspokoić tętno.
– to OK. To OK.
I ten miły biegacz pognał przed siebie. Nie pamiętam numeru, ani imienia, ale po raz kolejny przekonałam się, że na biegaczy można liczyć zawsze, nawet jeśli pomoc wcale nie jest konieczna.

Nie potrzebowałam supportu podczas tego biegu. Wszystko miałam poukładane. Silne nogi. Chłodna głowa. Szybkie kalkulacje. Truchtem pokonywałam ostatnie kilometry.

Finisz wizualizowałam sobie wielokrotnie przed startem. Wyobrażałam sobie jak wbiegam na metę, zostawiając rywali w tyle. I na jeden moment ta wizja wydawała mi się realna. A co mi tam. Będąc już pod SCC postanowiłam pognać na metę pełną parą. Ile miałam sił w nogach. Wydawało mi się, że ostatni podbieg to będzie formalność.

Torpeda. Lecę.
Ostatnia prosta. Widzę zegar. Widzę też mroczki przed oczami. Słabo mi. Stanęłam.
Nagle słyszę:
-Kasia dawaj! Dawaj!
Gaba się drze! Rany… Nie teraz – pomyślałam, ale widok Gabrysi i Krzyśka czekających na mnie na mecie strasznie mnie ucieszył. Fajnie jest wiedzieć, że ktoś na ciebie czeka.
Oj dziewczyno… nie wiesz o co prosisz i pokiwałam przecząco głową, ale pobiegłam.

Po przekroczeniu mety było mi wszystko jedno. W zasadzie nie wiedziałam co się dzieje. Widziałam tylko wolontariusza z kanapkami i wodą. Cel osiągnięty. Zabrałam reklamówkę i ruszyłam przed siebie. Ktoś łapie mnie za ramię
-Gratulacje! – medal ląduje na mojej szyi.
Aha. Medal. Zapomniałam.

 

PKO Silesia Marathon 2016

Na metę przybiegłam z czasem:
02:01:48

Pobiłam swój ostatni wynik o prawie trzynaście minut (zeszłoroczny czas: 02:14:24). Może złamałabym 2h gdybym nie była takim kozakiem… Ale jak widać jeszcze wiele o bieganiu muszę się nauczyć.

Małżonek wbiegł na metę 16 minut po mnie ze słowami:
– jak jeszcze raz wpadnę na taki głupi pomysł, żeby biec półmaraton to mnie kopnij w jaja.

PKO Silesia Martahon 2016 PKO Silesia Marathon 2016

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *