HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

macierzyństwoArchiwum

czwartek

15

Styczeń 2015

16

komentarzy

Czasem próbuję sobie przypomnieć…

Napisała: , w kategorii: dziecko

Czasem próbuję sobie wyobrazić pusty dom. Umyte podłogi bez walających się w koło zabawek. Komody bez śladów kredki. Nieskończone pokłady wolnego czasu…

…czasem próbuję sobie przypomnieć siebie „sprzed”. Moje życie zanim pojawił się w nim ten maleńki człowieczek. Wolne weekendy. Soboty spędzane na oglądaniu filmów, seriali z winem w ręku… Ściąganie do domu po pracy dopiero o 20.00, bo przecież zaliczyć trzeba shopping z koleżankami, siłownię, saunę, spa…  (więcej…)

wtorek

12

Luty 2013

14

komentarzy

Ma to po mamie

Napisała: , w kategorii: dziecko

Lubię wpatrywać się w mojego Synka… podczas zabawy, wspólnych posiłków, spacerów, snu… wciąż mnie zaskakuje jak szybko się zmienia.

Widzę w nim Mr.Tatę. Taką jego miniaturkę… gdy tak leżą obok siebie to mam wrażenie, ze to jego klon, skóra z ojca zdjęta.

Coraz częściej jednak widzę w nim siebie.

Ma moje oczy… duże, piwne. I gęste, ciemne, długie rzęsy…

Ma moje nogi… nie tak strzeliste i idealnie zgrabne jak Mr.Tata, ale normalne… takie moje po prostu.

Ma łaskotki w pępku. Dziwna przypadłość, ale ja w pępek dotknąć się nie dam, a Mały zanosi się od histerycznego śmiechu, kiedy w pępek mu palec wkładam.

Wczoraj na spacerze spotkałam koleżankę, która Małego widziała ostatni raz, kiedy ten miał trzy miesiące chyba:

– O Boże! Ale ty masz duże dziecko! O Boże! On ma twoją twarz!

Bałam się zapytać czy to dobrze, czy źle… :)))

czwartek

10

Styczeń 2013

21

komentarzy

„Radzisz sobie”

Napisała: , w kategorii: dziecko

Przypomniało mi się, jak będąc studentką, lat 22, wracałam do domu autobusem ze szkolną koleżanką. Drogi większości licealnych znajomych rozeszły się w różnym kierunku. Niektórzy poszli na studia, inni do pracy, a kolejni założyli rodziny. Koleżanka należała do tej trzeciej grupy. Zaraz po maturze wyszła za mąż i urodziła dziecko. Z wypiekami na policzkach opowiadała mi o swojej córeczce, o ząbkowaniu, o tym że kupy nie było od trzech dni, o pieluszkach… Jak można się domyślić niespecjalnie mnie to wszystko interesowało, dlatego zmieniłam temat:

– a co u Danusi? (naszej wspólnej znajomej)
– wiesz, właśnie urodziła chłopca. Ale jak ona sobie genialnie radzi! Sama jest, a i zakupy zrobione, dom wysprzątany, mały czyściutki pachnący… Ja tak nie potrafię…

Pffii… pomyślałam wtedy. Co to za filozofia poprowadzić dom i zajmować się dzieckiem? No żadna przecież. Nie rozumiałam przekazu wtedy. Ale co ja miałam za problemy? Dwa razu w roku sesja (fakt bywało stresująco), dobre notatki z zajęć, no i odwieczny problem, w co się ubrać na randkę z chłopakiem (obecnym mężem de facto). Nic a nic nie rozumiałam.

Wczoraj widziałam się ze znajomą, matką dwójki dzieci. Na pożegnanie powiedziała mi, że podziwia, jak sobie radzę…

I dopiero wtedy do mnie dotarło. Musiałam czekać dziesięć lat by zrozumieć. Bo macierzyństwo to nie zajęcie hobbystyczne, a prowadzenie domu, to nie wakacje w spa.
Muszę przyznać, ze żadna dotychczasowa praca nie wymagała ode mnie tyle poświęcenia, cierpliwości, zorganizowania, logicznego myślenia, wysiłku fizycznego jak opieka nad moim Synkiem. Z drugiej strony, żadna dotychczasowa praca nie dawała mi tyle spełnienia i szczęścia…

„Radzisz sobie”, to jeden z najważniejszych komplementów w moim życiu.

poniedziałek

31

Grudzień 2012

6

komentarzy

Rok Odkrywcy

Napisała: , w kategorii: dziecko

Czas na podsumowanie kończącego się roku. Wczoraj myślałam nad tym, czym tak naprawdę ten rok różnił się od poprzedniego. A różnił się bardzo…

Zeszły rok był emocjonalny i zaskakujący, a ten? Hmmm… Odkrywczy. Tak czułam się jak Odkrywca niezbadanych terenów.

Odkryłam otaczający świat na nowo. Moje dziecko mnie tego nauczyło. Pokochałam od nowa zmieniające się pory roku, zwierzęta, rośliny, przedmioty i ludzi. Widząc fascynację w oczach dziecka, sama ją poczułam. I nie ważne czy deszcz, czy słońce, czy mrówka, czy pies… wszystko jest wielkim „oooo”.

Odkryłam, że moja natura biurokratki bardzo ułatwia mi organizację dnia. Nie mogę żyć bez planów i kalendarzy. Myślałam, że dziecko wprowadza do życia jedynie chaos, ale miło się zaskoczyłam. Dziecko lubi stały harmonogram nie mniej niż ja. Im bardziej wszystko jest poukładane, tym spokojniej i weselej. Oczywiście, co jakiś czas wyskakuje jakiś trybik i wszystkie plany sypią się jak domek z kart, ale cóż… nie może być zbyt idealnie, a i mama potrzebuje trochę niezaplanowanej „rozrywki”.

Odkryłam, że pozostawienie dziecka pod opieką dziadków (bo tylko oni z nim zostawali) nie jest żadną zbrodnią, a czasem przynosi miły dla ciała i duszy relaks. Mały kocha dziadków i lubi z nimi spędzać czas, więc czasem wolę go zostawić z nimi, niż ciągać po marketach.

Odkryłam też, że nie jestem samowystarczalnym cyborgiem. Pierwszy raz w tym roku poczułam, jak to jest nie móc zająć się dzieckiem. Było to podczas mojej choroby. Pierwszy raz poprosiłam o pomoc…

Odkryłam, że mimo szczerych chęci, dobrze zorganizowanego czasu, głowy pełnej pomysłów… praca przy tak małym dziecku jest niezwykle trudna. O ile szeroko pojęte obowiązki domowe nie stanowią żadnego problemu, bo przeważnie Synek mi towarzyszy, o tyle praca jest czasem niemożliwa, bo Mały towarzyszyć mi nie może. Kombinuję jak mogę, gdy tylko śpi… ale czasem sama padam. Wiele więc spraw czeka na realizację w 2013.

I na koniec odkryłam, że nie jestem całym światem dla mojego Malca. Czasem wręcz odsuwa mnie, gdy sam chce się pobawić, ucieka z klockami w kąt, albo uznaje, że z tatą zabawa jest lepsza. Oj tak… mój dzielny Synek zaczyna się separować… staje się coraz bardziej samodzielny. Choć wciąż miewa dni „mamo, nie odstąpię cię na krok. Będę tak na tobie wisiał od rana do wieczoroa, a i w nocy się na tobie wyłożę”. Ale to nic… kocham takie chwile i je celebruję, bo już za chwil parę Mały przestanie lepić się zupełnie…

Tyle odkryłam w tym roku…

Ciekawe, co przyniesie 2013?

Bawcie się dobrze dzisiejszej nocy, a w Nowy Rok wkroczcie z uśmiechem i optymizmem :)))

czwartek

15

Listopad 2012

26

komentarzy

Co Ty Matko wiesz o wychowaniu…

Napisała: , w kategorii: dziecko

Tak…

Miałam już nie pisać o Ciociach Dobra Rada, o Mitomanach i innych takich co to wiedzą, co jest dla dziecka dobre bardziej niż Matka…

Miałam, ale wczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka. Urodziła dziecko 3 miesiące temu. Zadzwoniła i szlochała w słuchawkę, że już nie daje rady, że jest jej ciężko… Myślałam, że na początku, że macierzyństwo daje jej się we znaki. Słuchałam jak płacze. Wypowiedzi niespójne, ciężko było się połapać.

Poprosiłam by spokojnie opowiedziała o co chodzi. Okazało się, ze w jej domu dzieją się dantejskie sceny, że jej matka podważa każdą jej decyzję, mówi co ma robić, wyzywa od złych matek, ma pretensje, że ta jej się słuchać nie chce. I Straszy ją, ze jak się dąsa na jej rady, to ona przyjeżdżać nie będzie. A gdy przyjeżdża teściowa, to obie babcie wyrywają sobie dziecko i przekrzykują w dobrych radach, w imię oczywiście dobra dziecka.

Każda wie lepiej od matki co jest dobre i jak się powinno dzieci wychowywać.

Każda przecież swoje dzieci na ludzi wychowała.

Każda jest najmądrzejsza i najbardziej doświadczona.

Każda tylko nie Matka dziecka. Co ona może wiedzieć o wychowaniu? Przecież dopiero co matką została i NIC NIE WIE na ten temat.

Znacie to?

A to przecież Matka wie, czego jej dziecku potrzeba. To ona zna je najlepiej. To ona najtrafniej potrafi zareagować na jego potrzeby. Matka ma intuicję. Matka ma instynkt samozachowawczy. Matka ma morze miłości i empatii w stosunku do swojego dziecka. Matka ma określony światopogląd, którym chce dzielić się ze swoim dzieckiem. Matka chce by jej dziecko było szczęśliwe. Matka wie co zrobić by było!

Gdzie jest granica ingerencji osób trzecich w to wychowanie?

Według mnie nie ma o czym gadać. Nikt nie ma prawa mówić Matce co ma robić.

Dobre rady? Tak, jak najbardziej, o ile Matka ich potrzebuje.

A czego Matka potrzebuje najbardziej?

WSPARCIA.

Ciekawe, że tak trudno Matkę poklepać po plecach i powiedzieć: „świetnie sobie radzisz. To co robisz jest ważne i piękne. Dasz radę. Jesteś mądra i wspaniała. Cudownie wychowujesz swoje dziecko”

Ciężko prawda?

Matka o wychowaniu SWOJEGO dziecka wie wszystko…

Amen

środa

8

Sierpień 2012

14

komentarzy

Wielkie zmiany na 15 miesięcy

Napisała: , w kategorii: dziecko

Właśnie dziś mój Synek kończy 15 miesięcy i muszę przyznać, że ostatni miesiąc zdecydowanie różnił się od pozostałych. Bardzo wyraźnie wkroczyliśmy w nowy etap. Mój Mały Bobas zmienił się w Dziecko.
Zmienił się plan dnia:
4.30-5.00 – pobudka (od razu robię mleczko, po którym dosypia jeszcze godzinkę, bądź nie – reguły brak)
6.00 – jestem już na nogach i parzę zieloną herbatę, a mój Syn próbuje dobudzić Mr.Tatę
7.00 – śniadanie. Przeważnie kaszka
8.00-11.00 – plac zabaw 
11.00-12.30 – drzemka Małego (tak, tak… oto nowość: przestawił się na jedną drzemkę!). Ja w tym czasie próbuję uporać się z obiadem
13.00 – obiad
14.00-17.00 – plac zabaw (na podwieczorek owoce, które pałaszujemy oboje podczas wspólnej zabawy)
17.00-18.00 – czas na brojenie w domu
18.00 – kolacja (zupka, bądź kasza, bądź kanapki – choć chlebka ostatnio nie chce)
18.30 – kąpiel
19.00 – leżymy wszyscy w łóżku i bawimy się, pomału przygotowując dziecię do snu
19.30 – usypianie. I tu druga nowość: do usypiania służą książeczki!!! Oglądamy je tak długo, aż Synek znuży się i zaśnie.
20.00 – 4.30 – sen, tylko czasami przerywany krótkimi przebudzeniami. Zdarza się mu przespać całą noc. Oby zdarzało się częściej :)))
Po za tym Mały:

– pokazuje rączką jaki jest duży
– pokazuje poprawnie wszystkie części twarzy
– bawi się na placu zabaw z innymi dziećmi (np. kopiąc piłkę)
– wciąż ćwiczy aparat mowy: pojawiły się nowe dźwięko-słowa:

E DZIU (nie mam pojęcia co to),
LALA (ta z teletubisiów, konkretna),
BABA (nie babcia, a baba z piasku),
PA (nie papa, ale kupa. Jak go przebieram to mówię ku-pa, a on PA. Czasem jak zrobi kupę, biegnie po matę do przewijania i krzyczy PA!)

– dwa razy trafił siuśkami do nocnika, przy czym raz wylał te siuśki na siebie
– potrafi wspiąć się na drabinę
– potrafi wdrapać się na zjeżdżalnie po śliskiej stronie
– wie jak używać pchaczo-jeździka
– ogląda teletubisie. Potrafi skoncentrować się na bajce ok 10min.
– buduje wieżę z klocków, kubków, kamieni…
– zakłada na siebie poprawnie, choć nieudolnie poszczególne części garderoby, swojej i naszej 😉
– idąc się kąpać potrafi wskazać następujące po sobie czynności. Pokazuje na światło, które trzeba zapalić, potem na drzwi, po wejściu na kran. Wie, który płyn do kąpieli jest jego.
– daje buzi ciągle :)))
– zjada wszystko jak leci bez grymaszenia. Raz nawet połknął kulkę z mojego pudru brązującego…
– uwielbia banany
– wyszły mu dwa górne i jeden dolny trzonowiec, kolejny w natarciu. Kłów brak jak na razie
– DA! to wciąż jego ulubione słowo!
Jest najdoskonalszym dzieckiem na świecie! Nie wymyśliłabym go sobie lepiej! Nawet jak płacze, robi to perfekcyjnie :)))

środa

1

Sierpień 2012

13

komentarzy

Miłe osoby na placu zabaw?

Napisała: , w kategorii: dziecko

A jednak to możliwe.
Wielokrotnie wracałam z placu zabaw zdegustowana postawą rodziców, dziadków, opiekunów. Pisałam też nie raz o tym, co zaobserwowałam. Tym razem będzie pozytywnie.
Poznałam dwie przemiłe osoby. Uśmiechnięte, życzliwe, z cudownym podejściem do dzieci własnych i cudzych.
Pierwsza to mama w moim wieku, wychowująca 19-sto miesięcznego syna. Poznałyśmy się, gdy mój Malec podbiegł do jej dziecka i ściągnął mu maleńkie okulary. Potem widywałyśmy się sporadycznie, aż przyszedł czas, że na placu zabaw mijałyśmy się codziennie. Od słowa do słowa, wspólnej zabawy z naszymi dziećmi, spacerów wieczornych z wózkami, odkryłyśmy, że dużo nas łączy. Te same podejście do wychowania, gotowania, urządzania wnętrz… tematów nie brakuje.
Nasze dzieci też do siebie zapałały dużą sympatią. Ganiają się nawzajem, bawią w piaskownicy, wymieniają zabawkami, butami, jedzeniem, wózkami… łapią gołębie i walczą o huśtawkę… aż miło popatrzeć.
Ona zawsze promienna, nigdy nie narzeka, choć problemów z dzieckiem ma całe mnóstwo… alergik, źle przybierający na wadze, ze słabym wzrokiem, słabym napięciem mięśniowym. Cały czas w stresie i na wizytach lekarskich. 
Raz po takiej wizycie podbiegła do mnie  i woła:
– 74!
– co 74? – pytam zdumiona
– mój Syn ma już 74cm
– ?
– Oj dla mnie każdy centymetr i każdy kilogram to tak ogromna radość…
Spotkania z nią są stymulujące 🙂
Druga to… Pani Jagoda, na placu zabaw nazywana „ciocią”. Poznałyśmy się podczas ostrej reakcji na zachowanie jednej z babć. Kobieta niezwykle merytorycznie przygotowana na tego typu sytuacje. Aż wyrwało mi się:
– Muszę Pani powiedzieć, że nie znam żadnej babci z takim podejściem do dzieci…
– ale ja nie jestem babcią. Jestem Nianią – i zaczyna się śmiać i ja również.
Jak ona traktuje swoją podopieczną… Jak do niej mówi, bawi się z nią… Nie wiem ile rodzice jej płacą, ale pewnie tania nie jest, skoro prosto z Warszawy przyjechała by zajmować się tą dziewczynką. Sama bez wahania zostawiłabym z nią mojego Synka.
I tak w trójkę (no szóstkę), spotykamy się codziennie o stałych godzinach, dwa razy dziennie by bawić się z naszymi pociechami  i celebrować ten wspaniały czas…
Nie spodziewałam się, ze na placu zabaw mogą zaiskrzyć tak cudowne znajomości :)))
***
Dostałam informację, że na przełomie października i listopada, w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbędzie się gala finałowa VIZIRIADY, na którą dostałam zaproszenie. Czyż to nie cudowna informacja?

sobota

28

Lipiec 2012

14

komentarzy

Do czego służy mama?

Napisała: , w kategorii: dziecko

Ależ jestem genialna. Czasem sama nie mogę nadziwić się jak bardzo jestem pomysłowa. 
Bezpieczeństwo mojego dziecka stawiam ponad wszystko. Z tego powodu sprzedałam meble, które w mojej ocenie stwarzały dla niego zagrożenie. Kanciaste, wielkie, z niezliczoną ilością półek i szuflad umożliwiające nieograniczoną wspinaczkę. I tak chciałam się ich pozbyć, a teraz miałam pretekst idealny wręcz…
Wystawiłam wszystkie krzesła na balkon, bo mój Malec odkrył, że nie tylko można wejść po nich na stół, ale i podsunąć pod dowolny mebel. Serce mi zamarło, gdy zmierzał z jednym pod piec w kuchni, na którym akurat gotował się obiad. Wstawiamy krzesła tylko i wyłącznie gdy mamy gości. Posiłki w naszym domu to istne standing party…
Jedyne krzesło stoi przy biurku, a raczej leży. Gdy nikt akurat przy komputerze nie pracuje, kładziemy krzesło na podłodze. Mój Spryciarz jeszcze nie potrafi go podnieść. Jeszcze…
I myślę sobie, że dom bezpieczny. Wspinaczka jak najbardziej wskazana, ale na placu zabaw. Tu może do woli doskonalić swoje umiejętności…
A Synek na to: „nie ma rzeczy niemożliwych” i pokazał mi, że mama jest dobra na wszystko. Pewnego wieczoru złapał mnie za rękę i zaprowadził do pokoju z komputerem. Szarpnął moją dłoń i ciągnął w dół. Uklękłam, jak chciał. Złapał mnie za włosy i przycisnął moją twarz do podłogi (!!!). Nie zajęło mu dłużej niż kilka sekund by po mnie wspiąć się na biurko…
Od tego momentu cały czas próbuje. Wie, że się da.
I tak oto stałam się drabiną i dosłownie przekonałam się, co oznacza: pozwolić dziecku wejść sobie na głowę”
Spryciula mały! Chyba nie mam wyjścia jak urządzić małpi gaj dla niego, jak radziła nasza pediatra… 
Pędzącego w rozwoju Synka nic nie jest w stanie zatrzymać. Po trupach do celu!
Booosko!

czwartek

19

Lipiec 2012

44

komentarzy

RB kontra ZCh

Napisała: , w kategorii: dziecko

* wszystkie informacje zawarte w poście pochodzą tylko i wyłącznie z mojej głowy i obserwacji. Każda zbieżność jest przypadkowa.
RB = Rodzicielstwo Bliskości
ZCh = Zimny Chów Dzieci
Długo zabierałam się do napisania tego posta. W głowie zapalały się co rusz nowe powody. Bardzo dużo jest ostatnio o RB na Waszych blogach, w gazetach, na portalach. RB stało się nową religią dla rodziców. I dobrze. Coraz więcej mam otwiera oczy na potrzeby dziecka. 
Chociaż mam wrażenie, że głównie w wirtualnej rzeczywistości. Niestety. W realu wciąż pokutuje ZCh. Jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Młoda mama bycia rodzicem uczy się od swojej mamy, i co za tym idzie przekazywane są jej informacje typu: „niech dziecko się wyryczy”, „karmienie piersią po trzecim miesiącu jest nieprzyzwoite” itp. A młoda mama nie ma doświadczenia i przyjmuje te rewelacje jako rzecz jedynie słuszną. Daj Boże, że coś przeczyta dodatkowo i jej horyzont się powiększy, i zweryfikuje poglądy wychowawcze.
Moja znajoma czeka właśnie na cesarkę „na życzenie” w prywatnej klinice. Będzie rodzić swoje pierwsze dziecko. Panicznie boi się bólu. Pokój dla dziecka przygotowany od kilku miesięcy. Osobno. Na drugim końcu mieszkania. Butelki i MM też w pełnej gotowości. 
– dlaczego? – zapytałam
– moja mama miała trzy ciężkie porody i zabroniła mi rodzić naturalnie. W dzisiejszych czasach nie trzeba cierpieć. Karmić piersią nie zamierzam bo będę miała po cyckach. Dziecko musi spać od samego początku w swoim własnym pokoju, bo inaczej nici z życia prywatnego…
Mamusia jej powiedziała…
Spuścizna Zch jeszcze długo będzie pokutowała w naszym społeczeństwie. 
Z RB wcale lepiej nie jest. Boli fakt, że niektóre matki próbują z tego zrobić „modę na rodzicielstwo”. Spotykam się ze stwierdzeniami „kocham moje dziecko bo noszę je w chuście, dzięki temu dajemy sobie bliskość”. Piękne. Prawdziwe. Jestem za. Ale co z tego, gdy po spacerze w chuście mama wraca do domu i urządza karczemne awantury ze swoim partnerem. RB? 
Przecież wszystko opiera się na trzech głównych wartościach: Miłości, Szacunku, Wzajemnym Wsparciu. Nie tylko matki do dziecka, ale rodziców do siebie nawzajem, dziadków i innych członków rodziny i otoczenia. Chustoszenie i współspanie są tylko środkami do celu, nie celem samym w sobie. 
Dziecko w RB powinno czuć miłość i bezpieczeństwo. W Zch również!
Tyle ile miłości damy temu maleństwu, tyle otrzymamy!