HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

rodzicielstwo bliskościArchiwum

czwartek

10

Lipiec 2014

2

komentarzy

Dobro

Napisała: , w kategorii: dziecko

W zasadzie chcę skreślić tylko kilka słów… mam dobre dziecko… W jego oczach odbija się cały świat. Ciekawy, kolorowy, zaskakujący, szczęśliwy… dobry. (więcej…)

piątek

11

Kwiecień 2014

5

komentarzy

Dziecko kontra Świat

Napisała: , w kategorii: dziecko

Doskonale zdawałam sobie sprawę, że etap, w którym M. będzie oczekiwał ode mnie jedynie poczucia bezpieczeństwa, miłości, zaspokajania podstawowych potrzeb i zabawy, szybko się skończy. Coraz silniejsza jest za to moja rola przewodnika po świecie. To jak mu pokażę ten świat, zapisze się w jego świadomości na lata. To czego go nauczę teraz, będzie świadczyło o nim w przyszłości. O tym jakim będzie człowiekiem. (więcej…)

wtorek

25

Marzec 2014

10

komentarzy

Przedszkolak – Outsider

Napisała: , w kategorii: dziecko

W ostatnim czasie moje życie zawodowe nabrało rozmachu. Niemal z dnia na dzień nastąpił przewrót, który całkowicie pochłonął mój wolny czas (hmm… o ile ja w ogóle miałam jakiś „czas wolny”). Szybko też zapadła decyzja. Mały musi iść do przedszkola. Natychmiast. (więcej…)

sobota

22

Luty 2014

11

komentarzy

maluje, nakleja, powtarza

Napisała: , w kategorii: dziecko, styl życia

Pozostając w klimatach logopedycznych, opowiem Wam krótko jak nakłaniam Małego do powtarzania sylab i całych wyrazów. Bo, że nie reaguje na prośby typu „powiedz cio-cia”, co najwyżej odpowie NIE, chyba nie muszę wspominać. Muszę się nieźle nagimnastykować, by zaczął ze mną pracować. W sensie dosłownym oczywiście. Okazuje się, że podczas intensywnej zabawy np. podczas kopania piłki, puszczają mu blokady i ładnie powtarza wszystko o co go proszę, a przynajmniej się stara. (więcej…)

środa

8

Styczeń 2014

10

komentarzy

Co słychać? czyli Mały w natarciu.

Napisała: , w kategorii: dziecko

Dziecko mi rośnie!

Do tego zaskakującego odkrycia dochodzę niemal codziennie… Dwa i pół roku za nami… I już absolutnie nie widzę w nim tego bobasa z pulchnymi rączkami i nóżkami… oj nie. Teraz to prawie przedszkolak jest. I nóżką tupnie i focha odstawi… teatralnie!

Wciąż się zmienia.
Wciąż szuka nowych wyzwań.

Komputer opanował doskonale. Sam sobie załączy. Internet odpali. Myszką strzałki YouTube poszuka. Nawet gry zaczyna łapać. Na szczęście bierne siedzenie wciąż go szybko nudzi.

Klockami też nie bardzo już się interesuje, za to ma bzika na punkcie puzzli. Praktycznie dzień od układanki zaczyna.

Z rozwojem mowy trochę lepiej. Mały gada przez cały czas, choć do „prawdziwej” mowy to mu jeszcze daleko, ale jego przekaz jest z dnia na dzień bardziej zrozumiały… Może już wkrótce…  tak dla pewności umówiłam kolejną wizytę u logopedy.

I swój pierwszy prawdziwy mecz rozegrał. Z podziałem na drużyny oczywiście. I to nic, że „kiwał się” ze swoim i na własną bramkę z piłką gnał. Kto by się regułami przejmował, gdy zabawa przednia.

Smaki lubi wyraziste, kolory soczyste.

Zasypia o 19.00, budzi się ok 6.00 rano.

Najchętniej przebywa w kuchni, nawet jeśli nic aktualnie w niej się nie dzieje… od tak na blacie posiedzieć lubi i samochody w chlebaku chować. Oczywiście do przygotowywania posiłków to pierwszy jest. I muszę przyznać, że dużo już zrobić potrafi (pod moim czujnym okiem).

Dwa i pół (z hakiem)…
Osiwieję do jego 18-stki? Nie osiwieję?
Przyjmuję zakłady 😉

sobota

31

Sierpień 2013

10

komentarzy

Zwierzę domowe

Napisała: , w kategorii: dziecko

Nie mamy w domu żadnego zwierzaka i nigdy nie mieliśmy. Ja raczej stronię od nich (choć jakiegoś kociaka chętnie bym przygarnęła), a Mr.Tata jest wielkim przeciwnikiem… więc nie mamy.

A raczej tak mi się wydawało de tej pory. Okazało się bowiem, że Mały znalazł sobie pupila…

W naszym domu zamieszkała Mucha…

Dnia pierwszego, Synek uganiał się za nią i krzyczał „MU! MU! MU!” (tak mucha, nie krowa). Potem udawał, ze ta go goni… szukał jej straszył, a gdy ta odlatywała… uciekał z piskiem.

Drugiego dnia, nowa znajomość zamieniła się w śmiertelnego wroga… Auta fruwały, poduszka lądowała gdzieś po środku pokoju… klocki odbijały się od ścian… Synek w muchę trafić chciał… hmmm… gdzie on to zaobserwował? Ja w życiu w muchę nie celowałam (bo nie trafiam w małe cele)…

Dzień trzeci… tak zwany foch… Synek na Muchę obrażony wielce. Gdzie ona, tam i on… gdzie nie przysiądzie, ten łapie za to i krzyczy „MOJE”… to przecież oczywiste, ze Mucha nie ma prawa przysiadać na JEGO…

Tak więc Muchy z domu pozbyć się nie potrafię. Synek uczy się co rusz nowych relacji… a niech będzie, ze mamy w domu zwierzę 😉

środa

21

Sierpień 2013

8

komentarzy

Zawsze COŚ

Napisała: , w kategorii: dziecko

No tak. Wizyta u dentysty dopiero w przyszłym tygodniu i wcale nie jest pewne, czy ząbek będzie zrobiony. To znaczy, czy Mały współpracować będzie.
Obstawiamy, że nie będzie. Ale… niektórzy lekarze to magicy i zaklinacze dzieci… więc może…
Jakie jest prawdopodobieństwo?

I robiąc w głowie bilans zysków i strat wakacyjnych, na głos wypowiadam
– w zeszłym roku rota, w tym roku ząb, co będzie w przyszłym?
– zawsze coś! – dobiega mnie głos „znikąd”

Bo z dziećmi zawsze COŚ.
Bo w życiu zawsze COŚ.

Bo się tak nie da przecież, żeby wszystko jakoś sprawnie, bez komplikacji przebiegało. A sama przecież nim osiągnęłam wiek rozumny i bark złamałam, i wargę rozciętą mi zszywali, i kolana do krwi pozdzierane miałam, i drut w nogę wbiłam sobie i siostrę na szybie zawiesić próbowałam… wszystko nim przedszkole ukończyłam.

A jak Mr.Tata swoje wyliczenia zrobił, to ciarki mnie przeszły, bo uświadomił mi, że dzieci wyobraźnie mają nieograniczoną. Bez poczucia krzywdy, uszczerbku na zdrowiu, zagrożenia życia. Bez wiedzy i ingerencji rodzica nawet!
Teraz dzieci (przynajmniej do wczesnych lat szkolnych) nie puszcza się w samopas na plac zabaw, jak to niegdyś bywało, na szczęście.
Bo w przypadku dziecka powiedzenie „co z oczu, to z serca” żadnego zastosowania nie ma.
A i „chuchać na zimne” nie da się za bardzo.

Bo z dziećmi zawsze COŚ.

niedziela

2

Czerwiec 2013

13

komentarzy

Długi weekend należał do Dziecka!

Napisała: , w kategorii: dziecko

Czy i u Was długi weekend należał do rodziny?

Jak dobrze być dzieckiem… i nie mówię już o celebrowaniu Dnia Dziecka przez mojego Synka. Wszak on jeszcze niewiele kojarzy… ale przeze mnie!

Przypomniałam sobie jak sama byłam dzieckiem… w Boże Ciało pojechaliśmy w odwiedziny do mojej babci (prababci Małego). U niej spędziłam najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa.. Zbierałam truskawki, wspinałam się na drzewa (zwłaszcza sąsiadów), skakałam w stodole po sianie, biegałam w deszczu… Tam mogłam robić wszystko co chciałam. Babcia gotowała mi kompot, piekła placki ziemniaczane i ciasto drożdżowe… Kontrolowany luz….

Kontrolowany, bo babcia zawsze czuwała nade mną…
Mogłam robić co chciałam, ale czujne oko babci, zawsze wiedziało, gdzie jestem i co robię.

Pojechaliśmy do niej z Synkiem, bo prawie nie mamy kontaktu… Odwiedzam ją raz w roku.
Dużo się zmieniło. Nie ma stodoły,. Nie ma drzew owocowych, jest kilka grządek z truskawkami…

Ale jest jeszcze…. ten zapach z dzieciństwa… to poczucie błogości i wolności…
Jest Babcia!

Przy niej zawsze będę Dzieckiem!

Chcę pojechać do niej z Synkiem na kilka dni… na wakacje. Jak kiedyś….

W tym roku Dzień Dziecka należał do mnie :)))

***
Jeśli nie macie dość prezentów jeszcze… zapraszam na konkurs!
Pstrykajcie zdjęcia i zgłaszajcie się, bo został jeszcze tydzień tylko…

piątek

12

Kwiecień 2013

18

komentarzy

Cry cry baby…

Napisała: , w kategorii: dziecko

Pamiętam pierwszy płacz mojego dziecka… w szpitalu… cichutkie łkanie: łee-łee-łee. Rozczulające.
Mr.Tata powiedział wtedy, że to najpiękniejszy płacz jaki słyszał.
Gdy Synek płacze, robi mu się dołek w policzku… śliczny.

Potem płacz był głośniejszy. Łee-łee -łee zmieniło się w ŁEEEEEE.

Teraz Mały płacze na różne sposoby. Nie zawsze już rozdziera mi serce. Przyzwyczaiłam się i wiem, że nie za każdą łzą kryje się poważny problem.

1. Płacz – Krzyk.
Płacz w złości. Pojawia się kiedy, Mały czegoś bardzo chce, albo kiedy czegoś bardzo nie chce. Mówi przez to m.in. nie założę pieluszki, nie pójdę do domu, kiedy na palcu zabaw jest tak fajnie, nie będę bawił się klockami, kiedy chcę się bawić tatową maszynką do golenia…. Wtedy, najpierw pojawia się krzyk, potem wydęte w podkówkę usta, a na końcu łzy. Na szczęście w 90% przypadków, cała scena płaczu trwa kilka minut, bo wystarczy odwrócić uwagę Małego, by ten zapomniał o co płakał. Czasem jednak awantura trwa na całego, przez nawet 30 minut. Gdy widzę, że Mały nie reaguje na mnie, po prostu go zostawiam. Po pewnym czasie, sam się wycisza.

Zauważyłam, że przy tym płaczu nie łamie mi się serce, ale też nie wtrąca mnie z równowagi. Czasem każdy chce się pozłościć. Trzeba to zaakceptować.

2. Płacz Wielka Ściema
Ten rodzaj płaczu – nie płaczu, rozbawia mnie i rozczula. Kiedy Mały chce zwrócić na siebie uwagę i próbuje się rozpłakać, najpierw wykrzywia usta, potem zaciska oczy, a następnie próbuje usilnie wydawać z siebie dźwięki przypominające płacz.

I tylko widzę, jak jedno oko mimowolnie się otwiera, by sprawdzić czy patrzę na niego, a zaciśnięte usta nie mogą się zdecydować, czy grymas ma być w dół, czy w górę.

Szybko oboje przechodzimy do śmiechu. Ten popis aktorstwa po prostu uwielbiam.

3. PŁACZ
Prawdziwy. Wywołany bolesnym uderzeniem, koszmarem sennym, dyskomfortem, i innymi nieprzyjemnymi bądź ciężko przyswajalnymi przez dziecko zdarzeniami.
Mały jednocześnie niemal wykrzywia buzię i wdaje z siebie szloch ŁEEEE. Pojawiają się łzy i dołek na policzku.

Wtedy łamie mi się serce i mam ochotę sama się rozpłakać.
Wtedy czuję się bezradna, bo wiem, ze on naprawdę cierpi.
Wtedy tulę mocno i mówię szeptem, czasem śpiewam… to go uspokaja.
On wtula się i bawi moimi włosami.
Słucha jak do niego mówię.
Czasem, gdy już się uspokoi to on do mnie mówi… opowiada o tym co go boli.
Ja słucham. Nic nie rozumiem, ale słucham i powtarzam, ze już jest dobrze, i że jestem przy nim.

Nie lubię, gdy tak płacze.

środa

13

Marzec 2013

14

komentarzy

Nie! Nie wolno!

Napisała: , w kategorii: dziecko

Nie lubię słowa „nie”! Co wcale nie oznacza, że nie uznaję sprzeciwu. Nie lubię słowa „nie” za złe skojarzenia. Za to, że w dzieciństwie byłam karmiona „to nie… tamto nie… tego absolutnie nie wolno”. Zasady, zasadami, ale gdy wszystko jest na „nie” to przestaję w tym słowie widzieć jakikolwiek sens.

Wyparłam to słowo ze świadomości, do tego stopnia, że miałam problemy z asertywnością. Są sytuacje w życiu, kiedy słowo „nie” staje się niezbędne, niestety. Wyparłam to słowo również dlatego, że przeczytałam w różnych poradnikach motywacyjnych o tym, jak nasz mózg nie słyszy słowa „nie”. Zamieniłam więc „nie mogę” na „potrafię, chcę”, itp.

Karcę się w myślach, gdy wypowiadam słowa typu „nie potrafię jeździć samochodem”. Przecież potrafię, tylko miałam przerwę i muszę przełamać swoje lęki.

Radzę sobie jak mogę ze słowem „nie”. Używam, kiedy jest potrzebne, zapominam o nim, kiedy mogę je zamienić na coś brzmiącego bardziej optymistycznie.

Staram się też nie nadużywać słowa „nie” w stosunku do mojego Synka, co nie oznacza, że pozwalam mu na wszystko. Absolutnie nie! Ale nie jestem matką, która do swojego dziecka mówi jedynie „nie wchodź tam”, „nie biegaj”, „nie ruszaj”. Słyszałam to wystarczająco często i nie uważam, by miało to przynieść wychowaniu mojego dziecka jakiekolwiek pozytywne wyniki.

Oczywistym jest jednak, że żyjemy w świecie zasad. Mały musi wiedzieć co mu wolno, a co nie. Musi wiedzieć, że pewne zachowania niosą ze sobą negatywne skutki. Często radziłam sobie metodą zastępstwa… czyli gdy np. nie chciałam by mały wchodził na drabinki na placu zabaw, proponowałam mu piaskownicę, opowiadając przy tym ile radości jest w grzebaniu w piasku. Ta metoda sprawdza się u nas znakomicie. Odwracanie uwagi i zastępstwo rzadko nas zawodzi.

Czasem jednak trzeba powiedzieć „nie” i koniec. Są zasady niedyskusyjne typu: nie dotykaj pieca, nie wchodź na szafkę kuchenną, nie skacz po stole itp. W takim przypadku mówię stanowczo „nie” i tłumaczę dlaczego. Nawet po dwadzieścia razy.

Wczoraj Mały pobiegł do kuchni i postawił sobie pod piecem z gotującym się obiadem krzesło. Natychmiast pobiegłam za nim. Mały popatrzył na moją rozgniewaną twarz i powiedział „nie”. Ja powtórzyłam „nie”. I wystarczyło by Mały zrezygnował z zamiaru wspięcia się na krzesło.

Pewnie jeszcze będzie próbował… ale teraz widzę, że tłumaczenie po ileśtam razy dlaczego czegoś nie wolno zrobić skutkuje tym, że dziecko akceptuje niewygodne dla siebie zasady. Nie trzeba krzyków, agresji, szantażu i innych środków, by osiągnąć cel. Wystarczy konsekwencja.

Konsekwencja w mówieniu „nie” kiedy to jest niezbędne.
Konsekwencja w niemówieniu „nie” kiedy możemy tego uniknąć.