HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

śniegArchiwum

poniedziałek

12

Styczeń 2015

4

komentarzy

Zima w kadrze

Napisała: , w kategorii: styl życia

Rozczarowała mnie zima w tym roku.

Już dawno pogodziłam się z tym, że mamy 4 pory… każda inna, każda specyficzna. Polubiłam je nawet: burzową i ciepłą wiosnę, upalne lato, mokrą i wietrzną jesień oraz zimę… śnieżną i mroźną.

No cóż… śniegu było jak dotąd niewiele. Mrozu prawie wcale. Zima to? czy jesień może? Zmiany klimatyczne niestety są już widoczne. Zacierają się granice pomiędzy poszczególnymi porami roku. Zaczynają się one wzajemnie przenikać i ujednolicać.  (więcej…)

wtorek

2

Kwiecień 2013

15

komentarzy

niedziela

31

Marzec 2013

9

komentarzy

Największe jaja… tylko na Wielkanoc!

Napisała: , w kategorii: styl życia

Ale jaja! śmiem wykrzykiwać dziś od rana!
Odsłaniając rano roletę chciało mi się śmiać i płakać zarazem. Świat pogrążony w ciemności i śniegu… a tu wołać trzeba Wesołego Alleluja! Nikt nie woła… Mr.Tata tylko mruczał pod nosem „Santa Claus is coming to town”.

A choinka na balkonie wciąż stoi jak żywa, aż chce się ją w bombki przyodziać…

Nie chcąc sobie psuć nastrojów, zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Święta w rodzinnym gronie, to jest to czego dziś potrzeba. Kąpiel, pakowanie upominków, makijaż, fryzura, szykowanie torby z rzeczami Małego… i co tam śnieg za oknem, zamszowe botki i krótka sukienka wprawiły mnie w dobry nastrój.

Godzina 12.00 zamykamy mieszkanie. Wychodzimy. Śnieg śniegiem… ale zaskoczyła nas zamieć śnieżna! Nie widzieliśmy nawet samochodu. Mały tak się przestraszył, ze zgubił gdzieś po drodze autko, które trzymał w dłoni. Wróciłam po nie, ale niestety… w te kilka minut śnieg zdążył zatrzeć ślady. Pierwsza strata dzisiejszego dnia…

Wsiedliśmy do auta. Ja i Synek. Mąż dzielnie wziął się za odgarnianie. Niestety nim z jednej strony śnieg zgarnął z drugiej było na nowo zasypane. Wyjeżdżamy po ok 20 minutach. Nic nie widać. Wszędzie biało. Nie da się odróżnić drogi od chodnika… Zatrzymaliśmy się za światłami, przy Lidlu… jakieś 5min drogi od domu. Dziś jechaliśmy chyba minut 30…

Podjęliśmy decyzję, że wracamy. Dzwonimy. Teściowa posmutniała… bo przecież tak się cieszyła, tak naszykowała… Zrobiliśmy szybki bilans zysków i strat… i podtrzymaliśmy decyzję o powrocie do domu.

Zawracamy. Mr.Tata zahaczył kołem o krawężnik. Udało nam się okrążyć Lidla nim zorientowaliśmy się, że złapaliśmy gumę. Wjechaliśmy na parking. Zostawiliśmy auto i zdecydowaliśmy się wracać do domu na nogach. Zazwyczaj spacer spod Lidla zajmuje nam 20-30 min. raźnego marszu. W tych warunkach bałam się myśleć, o której będziemy w domu…

Mr.Tata wziął Małego na ręce, ja wzięłam torby. I patrzę: wybawienie! Na pobliski przystanek podjechał nagle autobus. Nasz autobus. Biegnę! Krzyczę do Mr.Taty: „Zatrzymam kierowcę”. W tym momencie czapka spada mi na oczy, a ja się potykam o ten sam krawężnik, o który zahaczyliśmy autem…

wywinęłam orła… takiego orła, że śnieg miałam w majtkach… Leżałam jak długa… O nie! Zamszowe botki nie nadają się na śnieg! Absolutnie! Mr.Tata podchodzi do mnie leżącej jeszcze… „Żyjesz?”

Spojrzałam na odjeżdżający autobus… parsknęłam śmiechem. Tak! Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Ucałowałam Małego, który ewidentnie był przerażony całą sytuacją.

Wracaliśmy do domu… 45minut pieszo, w zaspach i zamieciach…

Mały przestraszony, zmęczony i głodny, Ja przemoknięta i zmarznięta i Mr.Tata zgrzany i spocony, bo przez prawie godzinę niósł dzielnie na rękach co najmniej 15kg (włączając ubrania zimowe).

I jak cudownie, że w lodówce miałam jeszcze wczorajszy żur… Dziś smakował nieziemsko… gorący i sycący… Mały poszedł spać, a my otwarliśmy czerwone wino i pomyśleliśmy stukając się kieliszkami… jak to miło móc zasiąść z rodziną przy suto zastawionym stole… może w przyszłym roku…

Wesołego Jaja!

czwartek

17

Styczeń 2013

14

komentarzy

Zimo, trwaj?!

Napisała: , w kategorii: dziecko

Ja tam lubię zimę. Lubię jak mi czasem przymrozi policzki…, jak skostnieją mi palce u rąk i nóg…, lubię jak sypnie mi śniegiem prosto w wytuszowane oko…, lubię też ujechać na lodzie i strzaskać sobie cztery litery. Lubię, wtedy czuję, że żyję.

Tylko, że czasem mam przesyt, nawet wtedy gdy lubię. Tak… jestem nasycona tym śniegiem do głębi. Zaliczyłam wszystkie ulubione akrobacje, zabawy, doświadczenia. Czas szykować się do wiosny.

Mój Mały jest innego zdania. Codziennie rano, gdy podnoszę rolety, sprawdza czy śnieg nadal jest. Krzyczy wtedy „OOOO” i palcem stuka w szybę „TAMMM”. Gdy w końcu wychodzimy, pierwsze co, to musi dostać kulę śnieżną do ręki. Wtedy ewentualnie uda mi się zrobić zakupy zanim dojdziemy na plac zabaw.

A na placu… hulaj dusza, piekła nie ma.

Mały lubi zimę tak jak mamusia…

wtorek

11

Grudzień 2012

11

komentarzy

Sezon saneczkowy

Napisała: , w kategorii: dziecko

W ten weekend Synek pierwszy raz siedział na sankach.

Sanki to oczywiście prezent mikołajkowy od dziadków. Z racji mojej choroby pierwsze saneczkowe wyjście Małego zainaugurowali właśnie oni. A oto relacja teściowej z przebiegu wyprawy (mniej więcej):

„No i posadziliśmy Go na sankach, ale nie chciał siedzieć. Cały czas się kręcił i wstawał. Ujechaliśmy chyba z metr i Dziadek musiał Małego za rękę prowadzić. A ja taszczyłam te sanki za nimi”.

No… to sobie Synek pojeździł…

Fotorelacji brak, a zdjęcia pustych sanek nie wstawiam, bo jak sanki wyglądają każdy wie 🙂

Może nam się uda w ten weekend zabrać Synka na wyprawę saneczkową. Zobaczymy, może mu się jednak spodoba.

środa

14

Listopad 2012

5

komentarzy

Bajka o śniegu

Napisała: , w kategorii: dziecko

Dawno, dawno temu, gdy spadł pierwszy jesienno-zimowy śnieg… mój Synek zyskał nowego przyjaciela.

Przyjaciel ów był cudowny, pierwszy-raz-na oczy-zobaczony, zimny, biały i małomowny jakiś. Zrobiony zmarzniętymi rączkami mamusi.

A był to bałwanek…

Tak mu się spodobał, że do domu zabrać musieliśmy. I tak po drodze zastanawiałam się co by tu z tym „kolegą” zrobić. Gdy wróciliśmy przekonałam Małego, by oddał mi swojego przyjaciela, bo on od dzisiaj ma nowy domek:

Tak. Zamieszkał z zamrażarce. I tak sobie w niej tkwił między schabem a karkówką. I było mu dobrze, bo zimno.

Aż dnia wczorajszego Synek przypomniał sobie o bałwanku swoim. Stanął pod lodówką i palcem pokazywał. I jęczał „da, da, da”. I myślałam najpierw, ze głodny, ale jak otwarłam zamrażalkę to zrozumiałam… I oddałam zabawkę.

Niestety jak to zwykle w bajkach bywa. Kiedyś muszą się skończyć. A nasza przygoda z bałwanem skończyła się śniegiem na panelach.
 

I wytłumaczyłam dziecku, że przyjaciele poprostu czasem znikają… zmieniają stan skupienia…

Ale śnieg zaraz do nas powróci, wtedy zrobimy całą Armię Bałwanów!