HPMblog

trening – dieta – zdrowy styl życia

świętaArchiwum

wtorek

23

Grudzień 2014

5

komentarzy

Spokojnie na święta

Napisała: , w kategorii: styl życia

Nigdy wcześniej nie rozumiałam dlaczego życzy się „spokojnych i wesołych świąt”. To znaczy, że wesołych to rozumie się samo przez się, ale o co chodzi z tym spokojem?

Nie rozumiałam do momentu, kiedy sama tych świąt nie zaczęłam organizować. W gonitwie między pracą, sklepowymi kolejkami, walką o karpia, wielogodzinnym staniem w kuchni, szukaniem i pakowaniem prezentów… z trzylatkiem u boku… no cóż… spokój mi się marzy w te święta.  (więcej…)

wtorek

22

Kwiecień 2014

10

komentarzy

Święta, których nie było

Napisała: , w kategorii: styl życia

Zaliczam ostatnio czarną serię nieprzewidzianych zdarzeń, przypadków, chorób, które jak dotąd omijały mnie szerokim łukiem. Jakże się więc zdziwiłam, gdy w zeszłym tygodniu obudziłam się z napuchniętym okiem. Tak napuchniętym, że nie byłam w stanie go otworzyć. Diagnoza: zapalenie spojówki. (więcej…)

poniedziałek

16

Grudzień 2013

13

komentarzy

Świeci się!

Napisała: , w kategorii: styl życia

Jeszcze tylko tydzień do świąt… najwyższy czas łapać klimat!

U nas się już świeci, a u Was?


A skoro słodkości w tym przedświątecznym czasie nigdy dość to SUGAR! by wszystko dobrze się spinało i kleiło 😉

poniedziałek

9

Grudzień 2013

11

komentarzy

Anioł ze mnie ;)

Napisała: , w kategorii: styl życia

Tak. Myślę, że musiałam być wyjątkowo grzeczna w tym roku… a przynajmniej „wyjątkowa”, ponieważ poczciwy Mikołaj postanowił zasypać mnie prezentami. I skoro zapomniałam co to znaczy dostać prezent 6 grudnia… teraz ciężko się zastanawiam, o co chodzi?

A tak poważnie, to już dawno początek grudnia nie dostarczył mi tyle radości:

DAWANIE
.
Przede wszystkim radość z dawania. Prezentów. Uśmiechów. Miłych słów… Nic nie sprawia mi większej satysfakcji, niż radość wypisana na twarzy i to taka, której nie sposób ukryć, spontaniczna i szczera. I rozkoszuję się tą prawdą powtarzaną mi od dziecka, choć w dzisiejszych czasach mocno wyświechtaną, że najpiękniej jest dawać, nie brać! Sezon na DAWANIE rozpoczęłam już 1 grudnia… a skończę…  hmm… Skończę w ogóle?

WROCŁAW
I znów trafił mi się wyjazd szkoleniowy, w dodatku w tak idealnym mikołajkowym terminie. I myślę, że czasem niewiele trzeba, wystarczy chwila ucieczki. Tak. Nie ma przecież w tym nic złego, że opuszcza się rodzinne gniazdko tylko na chwilę, by móc trochę polatać. Rozłożyć skrzydła i pobyć sam na sam ze swoimi myślami… choć przez jedną noc. I nową wiedzę zdobyć. I przejść się po pięknym rynku wieczorową porą, i odnaleźć magię świąt na Jarmarku Bożonarodzeniowym. Odkryć inny rodzaj piękna… to sentymentalne… pochodzące z migających światełek, świątecznych przebojów, zapachu choinki i prażonych migdałów… a może to grzaniec tak mi w głowie myśli ubarwił?

KINDLE
To już zupełnie namacalnie. Moje potrzeby i pragnienia zmaterializowały się w postaci tego cudnego czytnika. Zapałałam do niego miłością wielką i rozstawać się z nim nie zamierzam. I kończyć szybko ten post muszę, bo Gibson na mnie czeka. Kolejny rozdział się otwiera 😉


CHODAKOWSKA
Zmień swoje życie… krzyczy do mnie z okładki książki. No zmieniam, zmieniam… odpowiadam jej w myślach. A co mnie najbardziej w tej pozycji urzekło to przepisy. Proste, zdrowe i sycące. Takie jak lubię.

Tak. Mikołaj wie, co dla mnie jest najlepsze i jak mnie uszczęśliwić 😉

niedziela

1

Grudzień 2013

5

komentarzy

sezon świąteczny czas zacząć…

Napisała: , w kategorii: styl życia

Jak co roku, pierwszego grudnia zainaugurowałam sezon świąteczny. Jak?

Przebojem nie do zdarcia: Santa Claus is Coming to Town. 

Tak jak co roku, codziennie w godzinach porannych, utwór ten zostanie odsłuchany przez wszystkich domowników. To takie moje uszczęśliwianie na siłę, bo mam wrażenie, ze jedynie Mały podziela mój entuzjazm, drąc się na całe gardło „lalalalala”, bo Mr.Tata szantażuje odcięciem mnie od porannej kawy…

A że mnie samą Santa wprawia w doskonały nastrój, więc postanowiłam nie zwlekać z obdarowaniem Synka mego prezentem mikołajkowym. Niech cieszy się tym grudniem, póki jest dzieckiem. Nie bardzo jeszcze kojarzy „o co chodzi” i podejrzliwie na mnie patrzy… ale widok jego szeroko otwartych oczu ze zdumienia i zachwytu, wart jest złamania każdej tradycji…

Prawdziwy Święty Mikołaj i tak zawita do nas o stałej porze, więc i prezentów jeszcze cała masa będzie. Dawkowanie przyjemności wcale nie jest złym pomysłem.

I powiem Wam, że święta najlepiej „smakują”, gdy się jest dzieckiem właśnie. Wtedy wszystko jest magiczne. Plastikowe ozdoby nie są kiczowate, a piękne po prostu. Świąteczne przeboje urocze i wzruszające, a nie trywialne jak nam-dorosłym się wydaje… Każda chwila zbliżająca do Wigilii, każdy nowy element dekoracyjny… z punktem kulminacyjnym w postaci choinki, każda chwila spędzona na kolanach podczas próby doszorowania podłogi z wtartej w nią plasteliny… wszystko to niesie ze sobą niepokój i oczekiwanie, na coś co ma nadejść. Na uroczystą kolację w gronie bliskich i kochających osób. Z perspektywy dziecka oczywiście.

A w oczach rodzica jak to wygląda naprawdę? Ile w nas jest prawdziwego starania, o tę świąteczną atmosferę? Czy te święta nie zostały przypadkiem zdeklasowane do rangi „Ważniejszej Imprezy Rodzinnej”? A co z samym zasiadaniem do stołu? W pośpiechu. W ogólnym tylko przygotowaniu. Z głową pełną uciekających myśli. Z życzeniami wypowiedzianymi z pamięci, bez głębszego zastanowienia „Wszystkiego Najlepszego”. I już. I tyle.

Im więcej świąt i kolacji świątecznych za mną, tym z większym dystansem do tego podchodzę. A nie chcę tak. Chcę by to był i dla mnie, i dla osób, które kocham czas wyjątkowy, spokojny, pełen czułości i ciepła… takie oczywiste, a takie trudne…

Niech więc przynajmniej ten Santa Claus rozbrzmiewa o poranku… a Mały niech mu wtóruje swoim „lalalala”… i tak jeszcze tylko przez 24 dni 😉

wtorek

2

Kwiecień 2013

15

komentarzy

niedziela

31

Marzec 2013

9

komentarzy

Największe jaja… tylko na Wielkanoc!

Napisała: , w kategorii: styl życia

Ale jaja! śmiem wykrzykiwać dziś od rana!
Odsłaniając rano roletę chciało mi się śmiać i płakać zarazem. Świat pogrążony w ciemności i śniegu… a tu wołać trzeba Wesołego Alleluja! Nikt nie woła… Mr.Tata tylko mruczał pod nosem „Santa Claus is coming to town”.

A choinka na balkonie wciąż stoi jak żywa, aż chce się ją w bombki przyodziać…

Nie chcąc sobie psuć nastrojów, zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Święta w rodzinnym gronie, to jest to czego dziś potrzeba. Kąpiel, pakowanie upominków, makijaż, fryzura, szykowanie torby z rzeczami Małego… i co tam śnieg za oknem, zamszowe botki i krótka sukienka wprawiły mnie w dobry nastrój.

Godzina 12.00 zamykamy mieszkanie. Wychodzimy. Śnieg śniegiem… ale zaskoczyła nas zamieć śnieżna! Nie widzieliśmy nawet samochodu. Mały tak się przestraszył, ze zgubił gdzieś po drodze autko, które trzymał w dłoni. Wróciłam po nie, ale niestety… w te kilka minut śnieg zdążył zatrzeć ślady. Pierwsza strata dzisiejszego dnia…

Wsiedliśmy do auta. Ja i Synek. Mąż dzielnie wziął się za odgarnianie. Niestety nim z jednej strony śnieg zgarnął z drugiej było na nowo zasypane. Wyjeżdżamy po ok 20 minutach. Nic nie widać. Wszędzie biało. Nie da się odróżnić drogi od chodnika… Zatrzymaliśmy się za światłami, przy Lidlu… jakieś 5min drogi od domu. Dziś jechaliśmy chyba minut 30…

Podjęliśmy decyzję, że wracamy. Dzwonimy. Teściowa posmutniała… bo przecież tak się cieszyła, tak naszykowała… Zrobiliśmy szybki bilans zysków i strat… i podtrzymaliśmy decyzję o powrocie do domu.

Zawracamy. Mr.Tata zahaczył kołem o krawężnik. Udało nam się okrążyć Lidla nim zorientowaliśmy się, że złapaliśmy gumę. Wjechaliśmy na parking. Zostawiliśmy auto i zdecydowaliśmy się wracać do domu na nogach. Zazwyczaj spacer spod Lidla zajmuje nam 20-30 min. raźnego marszu. W tych warunkach bałam się myśleć, o której będziemy w domu…

Mr.Tata wziął Małego na ręce, ja wzięłam torby. I patrzę: wybawienie! Na pobliski przystanek podjechał nagle autobus. Nasz autobus. Biegnę! Krzyczę do Mr.Taty: „Zatrzymam kierowcę”. W tym momencie czapka spada mi na oczy, a ja się potykam o ten sam krawężnik, o który zahaczyliśmy autem…

wywinęłam orła… takiego orła, że śnieg miałam w majtkach… Leżałam jak długa… O nie! Zamszowe botki nie nadają się na śnieg! Absolutnie! Mr.Tata podchodzi do mnie leżącej jeszcze… „Żyjesz?”

Spojrzałam na odjeżdżający autobus… parsknęłam śmiechem. Tak! Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Ucałowałam Małego, który ewidentnie był przerażony całą sytuacją.

Wracaliśmy do domu… 45minut pieszo, w zaspach i zamieciach…

Mały przestraszony, zmęczony i głodny, Ja przemoknięta i zmarznięta i Mr.Tata zgrzany i spocony, bo przez prawie godzinę niósł dzielnie na rękach co najmniej 15kg (włączając ubrania zimowe).

I jak cudownie, że w lodówce miałam jeszcze wczorajszy żur… Dziś smakował nieziemsko… gorący i sycący… Mały poszedł spać, a my otwarliśmy czerwone wino i pomyśleliśmy stukając się kieliszkami… jak to miło móc zasiąść z rodziną przy suto zastawionym stole… może w przyszłym roku…

Wesołego Jaja!

piątek

29

Marzec 2013

11

komentarzy

środa

20

Marzec 2013

15

komentarzy

U mnie pachnie wiosną

Napisała: , w kategorii: styl życia

Czy aby na pewno pachnie? To sprawa indywidualnych upodobań zapachowych. Jedni kochają takie wonności, inni wręcz nie tolerują.

Ja kocham. Kocham zapach cebuli i rzeżuchy.

Kojarzy mi się zwłaszcza z Wielkanocą, kiedy to w Wielką Sobotę w całym domu pachnie obraną z łupinek cebulą, a stół przyozdobiony jest zieloną rzeżuchą…

Lubię mieć swój własny zielnik. Latem na moim balkonie zamiast kwiatów goszczą donice z bazylią, miętą, pietruszką, oregano… W tym roku, niestety, na balkonie nic nie będzie. Blok nam ocieplają, więc balkon będzie wyłączony z użytkowania. Postanowiłam jednak zrobić sobie w domu mini ogródeczek.

Taki naprawdę mini. Zaczynam od standardów czyli świąteczna rzeżucha, którą muszę zasiać raz jeszcze bo to co mam zniknie znajdzie się dziś w kaszy. Oraz cebula wstawiona do wody, by wyrósł mi piękny szczypior.

Macie jeszcze inne pomysły na mini  ogródeczek? Biorę wszystko czego nie trzeba sadzić w ziemi :)))

czwartek

27

Grudzień 2012

12

komentarzy

Już za nami…

Napisała: , w kategorii: styl życia

Tyle czekałam… tyle przygotowałam… a dziś po świętach nie ma ani śladu. Rano sprzątnęłam świąteczną zastawę, resztki jedzenia pomroziłam, ściągnęłam obrusy i serwety do prani, umyłam podłogi…

Nie ma.

Została tylko choinka.

Muszę szczerze powiedzieć, że były to niezwykle udane święta. Rodzinne, domowe, tak jak chciałam, choć drugi dzień przeleżeliśmy wszyscy w łóżku z ogromnym katarem, to i tak było klimatycznie.

Tak mniej więcej wyglądał mój stół wigilijny (zdjęcie zrobiłam podczas strojenia, więc jest „częściowy”)

A to już zabawa po wieczerzy prezentem, który Synek dostał od dziadków…

A teraz trzeba przygotować się do Sylwestra 🙂