Pan Kotek był chory…

…i leżał w łóżeczku
i przyszedł Pan Doktor
“jak się masz Koteczku?”

czytałam Synkowi właśnie tę bajeczkę, gdy w domu pojawił się Mr.Tata, zakatarzony jakiś, zachrypnięty. “Oj, nie dobrze” pomyślałam, ale Mr.Tata zapewniał, że “nic mu nie jest”.
Następnego ranka – KATASTROFA. Mr.Tata połamany, rozpalony nie wstaje z łóżka, a z łóżeczka Synka dochodzą mnie jęki i skrzypienie jak ze starej szafy co najmniej. Otwieram oczy i widzę, że to moje Dziecię takim właśnie głosikiem do mnie “przemawia”.
Masz ci los – pierwsza infekcja. Na szczęście jak na razie gardła. Ani katarek, ani gorączka u mojego Syneczka się nie pojawiła. Dziecię chrypi, a ja już wyobrażam sobie jak to będzie, gdy mutację zacznie przechodzić…
Teraz czas mija mi na kursowaniu między pokojami: do jednego herbatkę z miodem i cytryną, do drugiego cyc. Do jednego herbatka, do drugiego cyc… etc. (Bylebym sobie pokoi nie pomyliła…)
A tak na wszelki wypadek “Chorego Koteczka” to my czytać już nie będziemy. Zastąpimy go “Stefkiem Burczymuchą”.



6 thoughts on “Pan Kotek był chory…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *