Ależ to była impreza…

Tyle przygotowań do uroczystości roczkowej a zleciało tak jakby czas w sekundach, a nie godzinach był mierzony!
Wyszło super! Goście zadowoleni, Synek w siódmym niebie, my zmęczeni ale szczęśliwi.
Największym stresem był dla nas Kościół. Nie jestem zwolennikiem prowadzenia do Kościoła małych dzieciaczków, które nie zdają sobie sprawy gdzie są i po co, toteż z Synkiem do Kościoła nie zaglądałam. Jednak Błogosławieństwa Rocznych Dzieci odmówić nie mogłam, więc cała uroczystość w Kościele się rozpoczęła. Ku mojemu zaskoczeniu źle nie było. Mały Solenizant przez 45 minut trwania ceremonii zdążył:

– zjeść ciastko, a nawet dwa
– wypić wodę i podzielić się nią z najbliższymi
– ściągać buty swoje i moje
– sprawdzić wytrzymałość ławki poprzez wędrówki “tam i z powrotem”
– sprawdzić czystość pod ławkami
– klęczeć w konfesjonale
– siedzieć na klęczniku
– zrywać kwiatki postawione na bocznym ołtarzu
– zawiązać nowe przyjaźnie
– grzebać w nieswoich wózkach
– ustawiać chrzestnej zegarek na właściwą godzinę

W domu też atrakcji co nie miara. Ileż pyszności do skosztowania. W każdym talerzu swój paluszek zanurzyć musiał i skosztować też.

Ech… było cudnie :)))



13 thoughts on “Ależ to była impreza…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *