Czasem próbuję sobie przypomnieć…

Czasem próbuję sobie przypomnieć…

Czasem próbuję sobie wyobrazić pusty dom. Umyte podłogi bez walających się w koło zabawek. Komody bez śladów kredki. Nieskończone pokłady wolnego czasu…

…czasem próbuję sobie przypomnieć siebie “sprzed”. Moje życie zanim pojawił się w nim ten maleńki człowieczek. Wolne weekendy. Soboty spędzane na oglądaniu filmów, seriali z winem w ręku… Ściąganie do domu po pracy dopiero o 20.00, bo przecież zaliczyć trzeba shopping z koleżankami, siłownię, saunę, spa… 

Kawa na mieście, kolorowe drinki, tańce do rana.

Ta wolność kiedy w jednej chwili wpadasz na pomysł, w drugiej już go realizujesz. Weekend w górach, ot tak? Robi się! Spontaniczne domówki. Znajomi wpraszający się bez zapowiedzi i nocujący gdzieś po kątach, na podłodze.

I te ciągłe wymówki, że brak czasu, że przecież ciężko pracuję i należy mi się wypoczynek, zabawa, relaks… Plany? Zawsze jakieś były, ale przecież żyć trzeba. Beztrosko, swobodnie, bez zobowiązań.

Jak słabo to wygląda, dopiero teraz widzę.

W beztrosce jest swojego rodzaju infantylizm. Może i przyjemny, ale nie dający nic w zamian. Kilka miłych chwil teraz, a potem?

Czasem próbuję sobie przypomnieć… ale wtedy budzę się w nocy, bo:
– maaamo! nie ma misia!
i szukam pluszaka w ciemnościach, i to w tempie, by Mały się nie rozbudził za bardzo.

– maaamo! Pić!
herbata/woda zawsze pod ręką… Nocne bieganie do kuchni jest gwarantem nieprzespanych kolejnych kilku godzin.

– maaamo! Siusiu!
i biorę na ręce. Taki śpiący, a tak kurczowo się trzyma. Idziemy. Po drodze potykam się o kosz z klockami, następuję bosą stopą na resowrówkę.
– o rzesz k**wa, ja pie*** – wyrywa mi się przez zaciśnięte zęby.
– co to jest kulfa? – taki śpiący, a taki czujny…
– kulfa to jest słowo, którego nie wolno ci wypowiadać – pierwsza w nocy. Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy.

Odkładam do łóżeczka… wracam do swojego. Oj głupia, ty głupia! – myślę i wykreślam kulfę ze słownika.

Rano nic nie pamięta.
Ja też nie pamiętam jak to było “przed”. Rozglądam się po pokoju… wszędzie zabawki, na komodzie leżą złożone w idealną kostkę jego ubranka. Nie zdążyłam schować wieczorem, a może zapomniałam.
Wstajemy. Śniadanie. Herbata. A potem przytrzymuje mi suszarkę gdy rozczesuję mokre włosy… Siedzi na pralce i głośno komentuje mój makijaż.
– nie ten kolol mama, on był wcolaj. Ten dlugi maluj.
Spoglądam na zegarek. O rzesz…. ale przecież obiecałam sobie, ze kulfy już nie będzie. I nie ma.
W pośpiechu ubieram siebie i jego. Łapię tę małą rączkę i wychodzimy.

07:00 rano.
Do przedszkola biegniemy. Że niby taka zabawa w zawody “kto pierwszy”. Szybko przebieram go w dresik. Zakładam kapcie i czuję jego paluszki na moim policzku.
– ale przyjdzies potem, po placy.
– przyjdę. Zawsze przychodzę przecież.
– to dobze.
I już biegnie do sali… do kolegów.

Czasem próbuję sobie przypomnieć jak to było kiedyś… ale chwilę potem uświadamiam sobie, że nie warto. Nie warto wspominać czegoś co było tak niewiele warte.

Nie potrafię sobie wyobrazić mojego życia bez rozrzuconych zabawek, lustra w przedpokoju bez śladów maleńkich usteczek i rączek, dnia bez rozlanego soku, wieczoru bez bajki na dobranoc.

Zapuściłam korzenie w moim macierzyństwie i dobrze mi. I niczym to drzewo z każdym rokiem rosnę w siłę. Czasem rozkwitam, czasem zrzucam liście. Karmię, wspieram, daję schronienie. Wszystko wokół może się zmieniać, a ja będę tak trwać – niewzruszona.

 



16 thoughts on “Czasem próbuję sobie przypomnieć…”

  • Wzruszyłam się czytając ten post… Pięknie to napisałaś :* ja nie myślę już jak to było przed. Jestem szczęśliwa tu i teraz mając dwójkę cudownych dzieciaków. I nawet gdy wstaje po 15 razy w nocy to rano jestem szczęśliwa, gdy patrzę na tam moje uśmiechnięta buziaki. Nigdy bym nie powiedziała, że dzieci dadzą mi tyle szczęścia. A przecież kiedyś tak ich nie lubiłam. Ale o tym cichosza, bo to było przed 😉

  • 🙂 tamto “przed” też było fajne, ale ja już do tego wracać bym nie chciała. Nie tęsknie za zarwanymi nocami, dwudniowym kacem i znajomymi bez pasji, marzeń i planów na przyszłość. I ciesze się, że posłuchałam mamy i zdecydowałam się na dziecko, choć chciałam to odwlec o kolejny rok i następny i następny. Właściwie to w ogóle dziecka nie chciałam, a tu proszę… mama miała racje – rodzina da ci siłę, rodzina jest najważniejsza, a miłość własnych dzieci wynagrodzi Ci wszelkie życiowe trudności.

    Bardzo fajny blog!

    • Właśnie… dobrze prawisz… ale myślę, że do tego po prostu się dorasta. Przychodzi moment, kiedy beztroska jest niewystarczająca i chcesz od życia czegoś więcej 🙂

  • Bardzo, ale to bardzo dobrze ujęłaś i tak cudnie napisałaś! Kiedyś liczyło się tamto, a teraz nie potrafimy sobie wyobrazić jak wcześniej mogliśmy żyć bez dziecka 😉

  • Ja też nie pamiętam czasu “przed” moimi synkami. Sądząc po zdjęciach – był całkiem przyjemny. Ale ten teraz – jest bezcenny:). Pozdrawiam (i zapraszam “do siebie”)

    • wiesz… czasem tak sobie myślę, że przy porodzie następuje jakaś zmiana w kodzie genetycznym… bo jak inaczej? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *