Przeżyć tydzień z chorym dzieckiem…

Przeżyć tydzień z chorym dzieckiem…

Mam szczęście, że moje dziecko prawie nie choruje. Czasem tylko złapie katar, czasem podniesie się temperatura na jeden dzień… Tyle. Nie wiem co to dziecko w chorobie. A przynajmniej nie wiedziałam do zeszłego tygodnia. Nie sądziłam, że będzie tak ciężko…

Dzień Pierwszy,
w którym zorientowałam się, że Mały jest chory.

Wysoka temperatura, szkliste oczy. Nie ma mowy o przedszkolu. Zostaje w domu a ja z nim. Nauczona poprzednimi doświadczeniami z gorączką, zaaplikowałam syropek i położyłam spać. Przekonana, że dziecko obudzi się bez temperatury i zupełnie zdrowe zajęłam się ogarnianiem domu. 

Dzień Drugi,
w którym choroba wcale nie odpuściła.

Nie ma opcji. Gorączka się utrzymuje. Pediatra bezwzględnie zatrzymała nas w domu z zestawem lekarstw, których jak się okazało Mały przyjmować nie chciał. Prośby, groźby, szantaże, przekupstwo, oszustwo… łapałam się wszystkiego by jednak łyknął ten obrzydliwy syropek, na którego zapach mnie samą mdliło.

Dzień Trzeci,
w którym zostałam przykuta do łóżka.

Pomyślałam, że skoro jestem już w domu to nadrobię zaległości. Może poczytam? Może coś mądrego napiszę? Nic z tego. Chore dziecko uwiesiło mi się na szyi i nie chciało puścić. Usiadłam z nim na kanapie a on wtulony zasnął. I spał… i spał… i spał… Po kilku godzinach byłam sztywna jak deska. Oczywiście, że nie dał się odłożyć do łóżeczka… ani nawet obok na kanapie nie chciał spać. Nie miałam sumienia się ruszyć… ważniejsze było by zdrowiał. Zresztą zawsze chciałam mieć pośladki ze stali…

Dzień Czwarty,
w którym zauważałam oznaki zdrowienia.

– Mamo daj autko. Nie to! To dlugie i tzecie i cwarte i… wsystkie daj!
– Ja chce loda! Łeee
– Ja chce grać w gle! Juz nie chce! Ty glaj! Łeee
I wtedy pomyślałam, ze stopery do uszu to wcale nie głupi wynalazek. Szkoda, że nie miałam…

Dzień Piąty,
w którym zafundowałam dziecku prewencyjne sikanie.

Przekonałam się, że całkiem nieźle można się wyspać na łóżeczku o wymiarach 70x150cm. We dwójkę. Nawet jeśli cała noc to czuwanie… I tak czujna byłam, że w sennych jękach wydawanych przez Małego usłyszałam “siku lobie”. Jak to siku? Oczy otworzyłam szeroko. Dziecko wzięłam na ramiona. I pognałam do łazienki. A on w ryk! Obudził się właśnie! Postawiłam go przy muszli. On w jeszcze większy ryk!
– przecież chciałeś sikać.
– nie chciałem. Chciałem spać.
Zmęczenie zaczynało mieszać mi w głowie.

Dzień Szósty,
w którym nadeszła pomoc.

Pomoc nadeszła. Dziecko zdrowiało. Mogłam biec… prosto przed siebie… Gdyby tylko ten śnieg tak w oczy nie zacinał…

Dzień Siódmy,
w którym wszystko wróciło do normy.

Norma. Podłoga klejąca się od syropków. Porozrzucane zabawki. Talerze piętrzące się na stole, skrupulatnie zbierane przez cały tydzień. Paznokcie, które krwisty lakier porywał zaledwie do połowy. Oko niepomalowane, włos ledwie ręką roztrzepany, by widać nie było, że już niezbyt świeży.

Taka pochorobowa NORMA.

Ale do zaakceptowania, gdy widzę śmiejące się dziecko wyciągające do mnie rękę:
– mamo! Chodź skac na jednej nodze!

I nie ważne, że czuję się jakby mnie czołg staranował. Nie raz, a co najmniej sześć.

Wstaję i skaczę!



8 thoughts on “Przeżyć tydzień z chorym dzieckiem…”

  • Możemy sobie podać ręce.
    Dziś miałyśmy z Leną wizytę kontrolną i mamy zielone światło na przedszkole. Jutro kończymy antybiotyk. U nas o tyle dobrze, że Lena połknie każdy lek, nawet nie dobry. Więc chylę czoła!
    Pierwsze wspólne dni były super. Ale w piątek to był koszmar, wszystko na NIE, 0 współpracy, problem z ubraniem, jedzeniem, wojna za wojną, wieczorem wyglądałam jak zombie. W niedzielę Lena poskarżyła się babci, że “Mama jest przykra” a ja poczułam się jakbym w łeb dostała.
    Na szczęście wszystko wraca do normy! Jest szansa, że jeszcze skorzystam z tych swoich ferii i nadrobię zaległe sprawy (egoizm matki się odzywa). Teraz myślę nad wzmocnieniem odporności 😉 Dziś kupiłyśmy farby, bo tak pracowałyśmy, że wszystkie się skończyły.

    Dobrze, że Dzieciaki szybko wracają do siebie! 🙂

  • Dobrze, że już zdrowym. Tymon też chorował w tym samym czasie i wyglądało to podobnie, niestety. Dlatego jak słyszę, że mama nie powinna chodzić na L4, kiedy dzieckiem może zająć się babcia czy ciocia to pukam się w czoło. Dziecko wtedy najbardziej potrzebuje rodzica.

    • Dokładnie! Nie ma się nawet nad czym zastanawiać. Nawet my dorośli potrzebujemy kogoś bliskiego u boku podczas choroby, by chociażby “pogłaskał nas po główce” a co dopiero dziecko… 🙂

  • kurczę niezły maraton mieliście. Dobrze, że już po. Jak ja zgłaszam w pracy że mam dziecko chore i potrzebuję kilku dni wolnego albo biorę L4 to też słyszę głosy ” a mąż nie może się nią zająć? a twoja mama? babcia? teście?”
    – to mnie ściska w gardle, zbiera mi się na łzy, bo przecież pracuję tam 6 lat, 6 lat zapierd.lania i takie sceny robią. Najgorsze jest to że moimi przełożonymi są osoby bezdzietne, fuck. Why?
    mój schemat odpowiedzi brzmi tak:
    – mąż to facet i nie bardzo umie się zająć płaczącym dzieckiem, które kiedy mama jest w pracy wciąż woła mamo, mamo, nawet głuchy by tego nie wytrzymał, rodzice są po wypadku, jeszcze dochodzą do siebie, babcia już z domu nie wychodzi ma 80 lat, teściowa przecież zmarła niedawno a teść schorowany jest ma parkinsona i nie potrafi zmienić pieluchy, no przecież nie mogę im dziecka zostawić, no jak? to wtedy dopiero słyszłę – ahaaaaa.

    • To jest własnie samo sedno. Chore dziecko potrzebuje matki. To ona przytuli, będzie czuwać 24h na dobę, zniesie ze spokojem wszystkie jęki, dopilnuje by dziecko zjadło, przyjęło lekarstwa… Niestety nie każdy ojciec ma w sobie tyle empatii 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *