Ja-35

Ja-35

3…2…1…

Go!

Mówi głos trenera w słuchawce. Ruszam. Nogi chcą nieść szybko, głowa je hamuje. Sił przecież musi starczyć na długo. Muzyka dudni głośno, serce jakby chciało zrównać się z rytmem. Na czole pojawiają się już krople potu, a to dopiero pierwszy kilometr. Staram się o tym nie myśleć. Szukam w głowie punktu zaczepienia… 

Mati.
Dziś gdy zaprowadzałam go do przedszkola pyta:
– po co tu stoi ten lobot?
– jaki robot?
– no ten – i wskazuje palcem na pana dopalającego papierosa.
– to nie robot ale robotnik. Czeka pewnie na rozpoczęcie pracy.
– lobotnik jest nieładnie. Może lemont? Pan lemont?
– Nie mówi się Remont o ludziach
– hmm… to wolę Lobot.

Słońce coraz mocniej świeci a to dopiero ranna godzina. Nie lubię biegać w lecie. Nie lubię się rozpływać, wtedy czuję, że tracę kontrolę nad ciałem. Znów się dyscyplinuję… drugi kilometr.

Mati pomaga mi biec. Czy tak będzie już zawsze? Czy zawsze będzie zaprzątał mi każdą myśl? Każdą chwilę? Mieszka w mojej głowie i jest mu tam całkiem wygodnie. I mi jest wygodnie, bo w końcu czuję spokój. Zapuściłam korzenie, chyba jakieś modyfikowane, bo pozwalają mi odrywać od ziemi raz jedną, raz drugą nogę. Ale ta mała rączka trzyma mnie mocno… za serce. I słyszę: “mamo, pobiegamy?”, “mamo, chodź”, “mamo wstań już”, “mamo…”

– mamo!!! – dobiega do mnie głos. Odwracam się odruchowo. Nie moje dziecko. Mijam grupę ludzi, którzy chyba się uśmiechają, a raczej szczerzą. W słońcu odbijają się tylko ich białe zęby. Widzę to dziecko już wyraźnie. Trzyma loda w ręce. Zazdroszczę. Mam ochotę się zatrzymać i dołączyć do niego. Schłodzić się w cieniu drzewa zimnym malinowym sorbetem. Trzeci kryzysowy kilometr.

W zasadzie dobrze, że świeci słońce. Mogę pozbyć się sterty brudnego prania. Jeszcze na targ muszę skoczyć po warzywa. Botwinka, szpinak, może truskawki już będą słodkie. Myśl o jedzeniu sprawia, że się uśmiecham. Nie pamiętam momentu, kiedy przygotowywanie jedzenia zaczęło być dla mnie przygodą a nie obowiązkiem. Odkąd nauczyłam się słuchać siebie, czuję jak wiele rzeczy do mnie pasuje. Nawet jedzenie. Choć truskawki… nie. Im dzisiaj podziękuję. Zjem o jedną za dużo i będzie uczulenie.

Wbiegam w najprzyjemniejszą fazę… czwarty kilometr. Teraz mogę dołożyć do pieca i pobiec jak trzeba. Mijam “bażanty”. Teraz z górki… długo z górki… można cisnąć.

Muszę kiedyś zrobić tę trasę z dziewczynami. Jeden trudny podbieg, ale później to sama przyjemność. Oczywiście o podbiegu nie wspomnę… A. Plany ułożyć jeszcze. Progresy są, to i ciężary zwiększamy. Będzie boleć, a potem przyjdą w bluzce w mniejszym rozmiarze, z okrzykiem: jeszcze, jeszcze! No. Za wyjątkiem jednej. Ta mi wydzwania, że do jeansów się nie mieści. Nareszcie!!! Czasem duża pupa jest źródłem szczęścia (hmm… bez podtekstów).

Zaczynam kolejne okrążenie. Piąty kilometr. Muzyka w niezmiennym szybkim rytmie. Zawsze. Gdybym potrafiła śpiewać może i bym pośpiewała. Ale drzeć się umiem. Dziwnie bym jednak wyglądała krzycząc do siebie i biegnąc jednocześnie. Uśmiecham się. Piąty to mój ulubiony.

Pupa. Łapię się odruchowo za pośladki. Trzeba docisnąć siłowy. I tak wystarczająco już spaliłam. Nie chcę znów zaczynać od początku. Bieganie bieganiem, ale ciało trzeba w ryzach trzymać. Plan na resztę życia: nigdy nie schodzić z wagi poniżej 50kg. Bleee…. Nie lubię chudych kobiet, bo chyba nie lubiłam siebie, tej chudej i kościstej.

Szósty… chill… Fuck Your Comfort Zone!!! Krzyczy mi głowa. (note: zrobić nadruk na koszulkę na październik) A mi tak dobrze… tak błogo… na szóstym jestem zrelaksowana. Wbiegam w las. Zen.

O rzesz! Joga. Kiedyś przyniosę do lasu matę i będę medytować. Cieszę się, że mogę czasem się zatrzymać i po prostu kontemplować życie. Nikt nade mną nie stoi, nikt nie może mi nic kazać, czegoś zabronić. Mogę. Chcę. A jak mi się coś nie spodoba, to wciąż mogę. Jestem niezależna. Jestem silna. Jestem zdeterminowana. Jestem sobą. Jak nigdy wcześniej.

Zmiana nawierzchni spowolniła mnie o 20 sekund. Niewiele straciłam. Zyskałam płuca pełne świeżego, niemal zielonego powietrza. Oczy odpoczywają od słońca. Ciało się chłodzi. 20 sekund to nic… siódmy kilometr za mną. To już prawie koniec.

Czuję, że nogi robią się coraz cięższe. Gorąca kąpiel wbija mi się w głowę, choć sama aż płonę z gorąca. Zastanawiam się jak dobrnę do końca dnia. Ale za to wieczorem… w nagrodę… wyciągnę się wygodnie na łóżku i przytulę do mojej Kindle. Niech literki same znajdą drogę do mojego mózgu i stworzą w nim wspaniałą historię. Dlaczego tak się nie da? Trzeba zmusić oczy, by jeszcze czytały gdy 21.00 na zegarze. Komputer wygaszony już dawno. Internety, srety, balety o tej porze mnie nie interesują… Tulić Kindle! Spać!

Ciężko. Pot się leje. Jestem cała mokra. Zmuszam się do odliczania: lewa, prawa, raz, dwa, Biegnij kurde, bo nie po to się ruszałaś z domu by nie dobiec do ósmego!

W zasadzie to lubię ten pot. Tak jak lubię biegać w deszczu. To jest jak chrzest. Symboliczne oczyszczenie. Zmywam z siebie ten cały brud, jakim karmię ciało i umysł w ciągu dnia. Resetuję głowę. Pozwalam toksynom opuścić moje ciało. Staję się nowym człowiekiem. Silniejszym.

Dziewiąty kilometr i już jestem prawie na skraju lasu. Zaraz będę w domu. Czas? nie ważne. Wróć! Ważne. Ale sprawdzę na Endomondo później. Teraz już nikogo i niczego nie słucham. Nie lubię tej aplikacji, a jednak rozstać się nam ciężko. Jeszcze jeden…

…A potem potreningowa samojebka. No oczywiście, że musi być. Twarz pewnie wygląda jak przypalona dynia, więc chociaż buty… kawałek ręki… o ten las przecież taki piękny. Trzeba zbierać momenty tak jak myśli. Przecież za rok już nie będę pamiętać. Fota. Może mi się przypomni, jak grzało, jak ciężko, jak szczęśliwie…

…”YOU’VE REACHED YOUR GOAL”…

Kilometr dziesiąty.

Jestem u celu.
Taka jak nigdy wcześniej.
Odważna.
Usatysfakcjonowana.
Szczęśliwa.
Wiem czego chcę.
Mam czego chcę.
Ja – 35-letnia.



4 thoughts on “Ja-35”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *