Przed startem

Przed startem

Jeszcze wczoraj nie byłam pewna czy w ogóle wystartuję w Biegu Korfantego. Dwudniowa gorączka, osłabienie, bóle mięśniowe sugerowały stan grypowy, a jak wiadomo grypa to nie katar. Podejmując duży wysiłek fizyczny można zrobić sobie krzywdę.

Lekarz.

Osłuchowo czysto.

Diagnoza niejednoznaczna.

Leki.

Czekać.

 

A zegar tyka. Bieg już w tę sobotę. Ale leżę, bo wolę przyłożyć się do walki z chorobą, niż udawać, że nic mi nie jest, byle wystartować. Przeleżałam dzień pierwszy. W dzień drugi ruszyłam tyłek, niby gorączka spadła ale sił brak. Dzień trzeci – wstałam i czułam się jak nowo narodzona. Dla pewności zrobiłam trening siłowy z lekkim obciążeniem, by przekonać się czy na pewno nic nie boli. NIC. No to jeszcze joga. NIC. Apetyt wrócił, a wraz z nim siły.
Co to było? Nie wiem. Idę na kontrolę, ale wygląda na to, że przeszło.
Tfuuu… wygląda na to, że biegnę!

Nie nastawiam się na wynik. Na przekraczanie własnych ograniczeń.
Nastawiam się na FUN!
Tak się cieszę, że (prawdopodobnie) nie muszę rezygnować z biegu i nic więcej mnie nie interesuje. Myślę, że to moje przed biegowe nastawienie jest uwieńczeniem moich przygotowań. Jakże różniły się tegoroczne treningi od moich przygotowań do debiutu.

Jak to wyglądało możecie przeczytać w poście <Pierwsze 10 kilometrów> 

a w skrócie:
podbiegi,  interwały, sprinty, przebieżki, wybiegania… ech ciężka praca!

Teraz nie mam czasu na częste bieganie. Dużo treningów, mało czasu, jeden niezbyt duży organizm. Gdy nadchodził więc Dzień Treningu Biegowego (czyli niedziela rano), ani myślałam by sobie go “zepsuć” hardkorowym treningiem. Chciałam tylko założyć buty i biec… i biec… i biec. I cieszyć się tym biegiem.

Nie wiem ile razy podczas tych moich wypraw krzyczałam w myślach “O rany! Zajebiście!”. Sporo. Na pewno. Pierwszy bieg po śniegu. Po błocie. W pierwszym wiosennym słoneczku. W lutowym ciepłym deszczu. Pierwsze prędkości. Moc w nogach. Cudowny to był czas…

Nie chce mi się myśleć o “korfantym” jak o zawodach. Chcę sobie tak biec po prostu i przybijać piątkę z “kibicami”.
Nie chce mi się myśleć o życiówce, bo wiem, że jestem osłabiona i nie mam się o co bić, więc po co się stresować?
Nie. Nie poddaję się. To obiektywna trenerska ocena.

Tak jakoś układają mi się starty, że “zawsze coś”. W zeszłorocznym “korfantym” też startowałam po chorobie. Półmaraton robiłam z kontuzją… Może los sprawdza moją siłę. Albo raczej sama sprawdzam swoje możliwości w nieprzewidywalnych warunkach.

Kichać na to.

To moja rocznica i będę ją celebrować jak mi się podoba. 

I tylko małżon psioczy pod nosem na mój zdrowiejący widok. Bo jeszcze dwa dni temu reagował tak:
– jestem chora.
– poważnie? a na co?
– gorączka, ból mięśni, osłabienie…
– grypa? Ale biegniesz?
– chciałabym…
– to dobrze. Będę miał szansę cię wyprzedzić!

Tak. Też biegnie.
I jeszcze nie wiem, czy dam mu fory 😉

 

XXIII Bieg Uliczny im. Wojciecha Korfantego

10 km
Katowice – Siemianowice Śląskie
16 kwiecień 2016

Biegnę!

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *