XXIII Bieg im. Wojciecha Korfantego – relacja

XXIII Bieg im. Wojciecha Korfantego – relacja

Mój Biegowy Rok właśnie zatoczył koło. Dokładnie rok temu debiutowałam na “biegu korfantego” i już wtedy wiedziałam, ze chcę powtórzyć ten bieg, ponieważ ma w sobie coś magicznego. Coś symbolicznego dla mnie. I o ile do debiutu przygotowywałam się jak do najważniejszych zawodów, teraz postawiłam na żywioł. Jednak ten żywioł miał też swoje drugie dno. Nie jestem aż tak spontaniczna. Mimo, iż znałam datę od dawna (bieg jest organizowany w rocznicę urodzin Wojciecha Korfantego tj. w okolicach 20 kwietnia), nie przykładałam się do regularnych treningów. Za dużo innych form aktywności wzięłam sobie na barki. Na bieganie tak po ludzku nie mam już tyle czasu. Jeden dzień treningowy to zdecydowanie za mało, by mówić o jakimkolwiek przygotowaniu. Przynajmniej nie mentalnym. Do tego osłabienie i gorączka, które ustąpiło na 3 dni przed startem. Wiedziałam, że nie powalczę, ale…

…nie znaczy to, że nie miałam planu na ten bieg. Każdy kto mnie zna wie, że ja bez planu nie funkcjonuję. Może nie był to plan marzeń, ale był…

Lampka w mojej głowie zaświeciła się, gdy tylko dowiedziałam się, że będą pacemakerzy. Co więcej, że na 50 minut biegaczy będzie prowadził Marek z drogadotokio.pl. Nie tylko zaglądam na jego bloga, ale słyszałam o nim wiele dobrego od innych biegaczy. Ucieszyłam się, ze nie tylko będę miała okazję go poznać, ale też z nim pobiec. Postanowiłam więc, zostawić w domu swojego Polara i oddać swój bieg pod tempo bardziej doświadczonych ode mnie. A dokładnie PLAN wyglądał tak:

Pozwolić Markowi przeprowadzić się przez dwa ciężkie podbiegi (7km)
Ocenić siły.
opcja 1. w razie braku możliwości – starać się nie zgubić balonika z zasięgu wzroku
opcja 2. gdy zapas sił byłby wystarczający, pożegnać się z Markiem na moście i strzała na metę walczyć o życiówkę.

Taaa… plan.

PRZED STARTEM

Na placu Sejmu Śląskiego byłam już przed 10:00. Na takich imprezach lubię być dużo wcześniej, by chłonąć atmosferę. Pakiet odebrałam. Usiadłam na pomniku i czekałam. Pierwszy raz czekałam nie tylko na bieg, ale też na znajome twarze. Tak to jest, że im więcej biegasz tym więcej ludzi poznajesz. Nie tylko na samym biegu, ale już po jego zakończeniu… w mediach społecznościowych, więc tym większa radość uściśnięcia dłoni przed startem realnej osobie. W zeszłym roku nie miałam nawet do kogo się uśmiechnąć. Teraz “kojarzyłam” kilka osób, które się do mnie machały… do kilku mogłam się nawet odezwać.

bieg korfantego
Dzięki Paweł 🙂

Zapowiadali pogodę, ale niebo było przysłonięte chmurami a powietrze trochę cięło chłodem.
Oczywiście było składanie kwiatów przed pomnikiem Wojciecha Korfantego.
Grała orkiestra górnicza.

i wtedy zobaczyłam Marka. Zestresowałam się. Podejść? Nie podejść? Co powiedzieć?
Podejść.
– cześć jestem Kasia. Czytam twojego bloga i biegnę z tobą na pięćdziesiąt. Mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?
(wiem. głupie, ale co tam 😉 ).
Chwilę porozmawialiśmy i stres jakby mniejszy.

bieg korfantego
Bardzo cenne selfie z Markiem z drogadotokio.pl

Ok 10:20 organizatorzy zaczęli organizować linię startu. Dowiedzieliśmy się też, że start będzie podzielony na 3 strefy:

I. Szanuj Mistrza (40min.)
II. Daj Szansę na Rekord (45min)
III. Biegam bo Lubię (50min)


Poproszono nas byśmy ocenili swoje możliwości i ustawili się w odpowiedniej grupie. Ja Biegam bo Lubię, oczywiście.

START

Ustawiamy się na starcie. Zero chaosu. Wszyscy znają swoje miejsce. Zdziwiło mnie tylko, ze wszyscy pacemakarzy ustawili się w strefie pierwszej. Pierwsza myśl “jak ja dogonię balonik? Przecież będziemy mieli sporą różnicę w starcie”. Wydawało mi się, ze pacemakerzy będą przypisani do stref – tak jak biegacze. Przyznaję. Nie znam się. Nigdy nie biegłam z pacemakerem. Nie wiem jak to wygląda. Postanowiłam się nie stresować i zaufać organizatorom.

start
W tle widać baloniki pacemakerów

Odliczanie. Wystartowaliśmy.
“Dogonić balonik. Dogonić balonik”. dudniło mi w głowie.

FRANCUSKA

Kilka zakrętów i jestem w niebie. Chyba nie ma biegacza, który wraz z pięknym i długim zbiegiem na ul. Francuskiej nie dostaje skrzydeł. Tam lata się dosłownie i w przenośni. Nogi niemal nie dotykają ziemi. Ciało nabiera niewyobrażalnych prędkości.

I believe I can fly

“Nie widzę balonika…”

PIERWSZY PODBIEG
Na moje nieszczęście ubrałam się zbyt ciepło. Nigdy nie potrafię ocenić pogody i dosłownie się przegrzewam. Słońce zaczęło prażyć, a ja ubrana od stóp do głowy, a przede mną najdłuższy podbieg. W zeszłym roku mnie zmasakrował, bałam się, że w tym roku będzie podobnie. O. Na zakręcie zobaczyłam magiczny balonik z czarnym napisem 50min. Do zakrętu daleko… Nie wiem jakie mam tempo. Nie mam zegarka. Nie słyszę endomondo. Nic. Jestem zdana sama na siebie. Skupiam się i zaczynam walczyć z tą “góreczką”.

Gorąco. Uspokajam oddech. Już po wszystkim.
5km.
Łapię kubek z wodą i wypijam duszkiem.
Muszę się rozebrać, inaczej nie dobiegnę. Numer startowy przypięty do bluzy. Bluza z numerem ląduje na tyłku.

bieg korfantego
don’t worry be happy

Biegnę noga w nogę z innym biegaczem. Patrzę w bok… Znajoma twarz. Zerkam na numer. Brak imienia. Jeszcze raz spoglądam na niego… To niemożliwe.
To nie może być prawda.
Po raz drugi spotkałam na swojej drodze mojego Anioła Stróża, tego samego który wyciągnął mnie na półmaratonie.
Adam.
Chyba, że mam omamy od tego słońca. Ale nie zdążyłam zareagować. Widzę już tylko jego plecy.

Nie widzę balonika… Ech.
Plan spalił na panewce.
Czyli jest żywioł.

MOST

Oddech ustabilizowany. Wydaje mi się, że biegnę wolno jak na swoje możliwości. Trudno. Grunt, że czuję się dobrze i biegnę z uśmiechem na twarzy. Nie ważny przecież wynik. Ważna jest radość biegania. Nagle czuję się jakby ktoś dołożył mi dwukilowe obciążniki na każdą z nóg. Właśnie wbiegłam na most w Siemianowicach. Mam wrażenie, że stoję w miejscu, choć bardzo staram się poruszać do przodu. Noga za nogą. Prawa, lewa, prawa…

No popłaczę się zaraz. Do licha.

Koniec.
Mostu oczywiście.

OSTATNIE KILOMETRY

W myślach szacuję ostateczny czas. Mam nadzieję, ze zmieszczę się w godzinie. Może 55min? Tak. chyba to będzie ok 55min. Tempo mam równe. Niech tak już zostanie.

Nie wypatruję już balonika…

META

Trasa robi się coraz gęstsza od kibiców. Jest głośno. To znak, że meta blisko.
-ciśnij Kaśka, ciśnij! – dobiega mnie głos Pawła.
Kręcę tylko przecząco głową. Nie.

Ale widzę zegar. 50 minut…. i… CISNĘ.
O rzesz w mordę! 50 minut? Nie wiem jak to jest możliwe. Wydawało mi się, że jestem taka wolna. Dodatkowo zaliczyłam “przystanek” na wodę, “przystanek” na dostosowanie ubioru do panujących warunków, bardzo wolny podbieg na moście. Boję się pomyśleć jakim tempem biegłam przez resztę trasy.

Cisnę.
Wbiegam na metę. 
50 minut 45 sekund.

Na piersi ląduje medal.
Spoglądam na niego szczęśliwa, nie dowierzam. Widzę przed sobą czerwoną koszulkę.
Łapię za łokieć:
– cześć Adam! – teraz jestem pewna.
– Kasia?
Serdeczny uścisk. Dwuminutowe streszczenie tego co się z nami działo po półmaratonie.  Świat jest mały. To naprawdę jakiś cud, że wpadliśmy na siebie w tym tłumie. Jestem pewna, że jeszcze się spotkamy na którymś z biegów…

Marka już nie spotkałam.

Idę sprawdzić co dzieje się z małżonkiem… przecież też biegł 😉

KONIEC
siedzę na mokrej trawie. Przeżuwam posiłek regeneracyjny: kiełbasę z bułką. I wcale mi nie przeszkadza, że mieszam węglowodany z białkiem. W zasadzie w kiełbasie jest tyle tłuszczu, że nie wiem czy do białek się w ogóle klasyfikuje.

 

Słońce przyjemnie grzeje moją twarz. Wokół siedzą znajomi… biegacze… Jesteśmy szczęśliwi. Dla tej chwili, warto było się trochę zmęczyć.

Bieg ukończyłam z czasem 00:50:45
Klasyfikacja Open: 522
Kategoria K-30: 19

Dla porównania wyniki zeszłoroczne:

Czas: 00:53:10

Klasyfikacja Open: 730

 

K-30: 25

I tylko taka refleksja mnie nachodzi… czy dałabym radę zrobić życiówkę, gdybym miała możliwość trzymania się mojego planu?

A na koniec. Tak mój bieg zapisało Endomondo:

wp_ss_20160418_0001[1]Gdzie:

2km – ul. Francuska
4-5km – podbieg na ul.Korfantego (pierwszy podbieg)
7km – most w Siemianowicach (drugi podbieg)

 

*w poście wykorzystałam zdjęcia ze źródeł:

Zdjęcia Google
Dziennik Zachodni

 



2 thoughts on “XXIII Bieg im. Wojciecha Korfantego – relacja”

  • Gratuluję wspaniałego wyniku! No aż żałuję, że nie wzięłaś Polara – jak mogłaś 😀 Ale wiesz, to jest dobra okazja, żeby w następnym biegu zatańczyć triumfalny taniec na starej życiówce 😉
    Ależ kawał z Twoim Aniołem Stróżem 😀 Super spotkanie! Opis kiełbasy epicki – śmiałem się w głos 😉

    • Dziękuję. Tak naprawdę jestem zaskoczona wynikiem. Dwa przystanki + bieg bez spiny … myślałam, ze będzie dużo gorzej. Teraz żałuję, że nie wzięłam Polara, ale bardzo chciałam nie sugerować się zegarkiem, tylko biec z Markiem – tempem zawodowca. Zresztą, co tam wynik i tak biegam dużo lepiej niż jeszcze rok temu. Pokazał to ten bieg, ale widzę też postępy na treningach. Jest progres 😉

      Z Adamem to kawał niezłej historii. Oboje chyba byliśmy trochę w szoku 😉 Ale wyobraź sobie moją minę, gdy przez moment biegliśmy razem, a ja się zorientowałam, że to właśnie on! Los bywa nieprzewidywalny, ale wierzę, że nic bez przyczyny się nie zdarza 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *