Podsumowanie października

Podsumowanie października

Już listopad dobiega końca, a ja z październikiem się wyrywam. Przyznaję, że ostatnio cierpię na marazm twórczy. Ile tylko mogę wkładam w pracę, ale żeby zdobyć się na działalność dodatkową (jak blogowanie na przykład) to nie bardzo mam siły. Choć październik był dla mnie dobrym miesiącem, to w listopadzie zaczęły się schody. Trochę jeszcze cisnę pod górkę, ale przynajmniej znam przyczynę. O tym za chwilę.

Treningowo poprzedni miesiąc był bardzo mocny z dwóch powodów:

2 października start w Silesia półmaratonie ( tym osobny wpis >>>PKO SILESIA MARATHON<<<KLIK )

Wróciłam do treningów siłowych. Mimo, że nigdy z nich całkowicie nie zrezygnowałam, to w okresie przygotowań biegowych zepchnięte były na plan drugi, a nawet trzeci – jako trening uzupełniający. Teraz przerzucam ciężary 5 dni w tygodniu. Plan ułożony mam naprzemiennie: trening poszczególnych partii ciała przeplata się z ogólnorozwojowym treningiem obwodowym. O ile trening siłowy jest ściśle ramowy, to w obwodowym pozwalam sobie na dowolność. Czasem jest to trening bokserski, następnym razem wytrzymałościowy, często korzystam z odważników, TRX, skakanki czy piłki lekarskiej. 

Jogę praktykuję codziennie (no prawie – wciąż sobota to dla mnie dzień wolny od wszelkiej aktywności fizycznej). Przestałam nawet ją rejestrować, bo nie chce mi się wieczornej praktyki zakłócać Endomondo. Zapisane są tylko treningi oficjalne (grupowe).

Za to bieganie w tym momencie zostało zepchnięte na margines. Jeżeli już biegam to jedynie interwałowo i nie dłużej niż 30min. Ale spokojnie. Od stycznia zacznę przygotowania do nowego sezonu biegowego. Czas na nowe rekordy!

W październiku zrobiłam łącznie 38 treningów:
3 treningi biegowe (34,15 km)
11 praktyk jogi
5 treningów pilates
19 treningów siłowych (trening siłowy + obwodowy)

Od początku roku zrobiłam więc 295 treningów, w tym:
143 praktyki jogi
48 treningi pilates

51 treningów siłowych
53 treningi biegowe (472,26 km)

I wszystko szło zgodnie z planem… gdy pod koniec miesiąca dopadła mnie NIEMOC. Na początku myślałam, że coś mnie zbiera i czekałam na rozwój choroby. Ale nic się nie zmieniło. Doszła za to bezsenność, problemy ze skórą. Wtedy wiedziałam, gdzie popełniłam błąd.

BIAŁKO.

Nie pierwszy raz mnie struło. Zresztą jeśli śledzicie mojego bloga wiecie, że gdy biegam (sezon od kwietnia do września) trzymam się diety wegetariańskiej, bo po białku zwierzęcym biegam słabo. Ciężko niemal. Potem wracam. W tym sezonie obiecywałam sobie, że już nie wrócę, ale powrót na siłownię zagłuszył zdrowy rozsądek. Czułam, że mięśnie domagają się zwierzęcego białka. Oj zgubne to dla mnie podejście. Zaczęłam walczyć sama ze sobą. Z własnym organizmem. 

Nic na siłę. 
Wychodzi jednak na to, że dieta wegetariańska służy mi najlepiej. Wprowadzając wcześniej zasady niełączenia produktów (białek i węgli) automatycznie zaczęłam spożywać mniej białka, więc nie odczuwałam skutków ubocznych. Jednak w ostatnim miesiącu spożywałam go trzykrotnie więcej niż zazwyczaj… No. To mam. Listopad to miesiąc dźwigania się z kolan. Z pokorą. 

Teraz zaczynam detoks. No i już przyzwyczajam się do myśli, że ta zmiana żywieniowa będzie stała. Nie wiem, jak przeżyję święta. Pewnie zrobię wyjątek, zwłaszcza, że spędzam je poza domem. Będę gościem i nie chcę nikomu psuć nastroju wymyślaniem “tego nie chcę”, “tego nie mogę”. Zwłaszcza, że nie jestem ideologicznie związana z wegetarianizmem. To wybór raczej prozdrowotny. 

Z drugiej strony… zmiany są dobre. I w sumie blog się zmieni, bo teraz będzie do Was pisać trenerka Kasia.
Joginka.
Wegetarianka.

Houk. 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *