Miesiąc: Marzec 2017

Rozbieganie

Rozbieganie

Nie tak. No nie tak miało to wszystko wyglądać.  Też tak macie, że jak sobie coś dokładnie rozplanujecie to okazuje się, że tych planów w żaden sposób dopiąć się nie da? Tegoroczną aktywność sportową planowałam już jesienią. Cel klarował się w styczniu… (Maraton?) Gdzieś podświadomie […]

Wege Power

Wege Power

Właśnie mija sześć miesięcy odkąd skierowałam swoją dietę na pokrętną wegetariańską drogę. Właściwie to wegetariańską powinnam napisać w cudzysłowie, bo gdyby jakiś wegetarianin prześwietlił to co jem, to szczerze by się uśmiał. Nie mogę o sobie mówić wegetarianka, bo byłoby to niezgodne z prawdą. Prawdą natomiast jest, […]

Sekretne życie trenerki fitness

Sekretne życie trenerki fitness

Godzina 04:30. Zimne, już nie takie małe rączki lądują na mojej twarzy.
-Mamo, musisz już wstawać!
-Nie muszę… jeszcze jest NOC.
-No racja. Taki żarcik.
I czuję nie tylko zimne rączki ale i nóżki wpychające się pod kołdrę. Żarcik… Śmieszne. Ale lubię gdy pakuje się do mojego łóżka, by trochę się przytulić. Nawet jeśli serwuje mi wcześniejszą pobudkę. Zasypia od razu. Ja nie. Ja już jestem myślami w dzisiejszym grafiku. Do kogo mam zadzwonić? Komu zapomniałam odpisać? Próbuję sobie przypomnieć imiona nowych dziewczyn… 

06:30. Wstaję. Muszę pierwsza zająć łazienkę, bo potem będzie ciężko. Wyglądam dobrze. Nawet. 

07:00. Pobudka. 
– Mamo nie chcę owsianki. Chcę jajeczko.
– Mamo, a wiesz co było pierwsze? drzewo czy nasionko?
– Maaaamooo! Szkoda, że nie widziałaś. To było śmieszne co zrobiłem. Poczekaj, pokażę Ci.
– Maaamooo! a już nic…
– Mamo, pośpiesz się, bo się spóźnimy.

07:45 Wychodzimy.
Fuck. Zapomniałam, że dziś gimnastyka. Oj niedobra Ja.

08:00
Ok. Wrzucam swoje tempo. Szybkie zakupy i marszem do domu. Kawa. Ostatnio znów mam ochotę na kofeinę. Kończę przygotowywać posiłki na dzisiaj. Nie mogę doczekać się wiosny. Zimowe życie “wegetarianina” jest dość skomplikowane. Nie narzekam, to mój wybór, na szczęście jestem daleka od wszelkich rygorów. To trochę ułatwia sprawę. 
Pierwszy trening mam o 09:30. Delektuję się tym Slow Life do momentu, kiedy odkrywam, że jestem spóźniona. Szybko wciągam getry. Na styk.

“Na styk” upływają kolejne godziny. Oczywiście mam przerwę, ale odnoszę wrażenie, że wszyscy o niej wiedzą, bo w punkt rozlegają się telefony, przychodzą maile. Rozmawiam z pełnymi ustami. Nieładnie. Ale jak nie zjem to padnę, wybaczcie.

13:15 mam czas na własny trening. Zerkam na sztangę. “Oj, my się dzisiaj nie przyjaźnimy koleżanko” – myślę szyderczo (o ile można myśleć szyderczo). Robię minimum z minimum. Liczę w myślach, że przecież zrobiłam już dziś “z trzysta przysiadów”. Ćwiczę z dziewczynami, bo tak lubią. Motywacja, tempo, zaangażowanie. W zasadzie nie muszę już rozpisywać sobie treningów, ale czuję się niezręcznie bez własnego planu.

Na wszystko muszę mieć plan. Tak jest łatwiej. To daje mi poczucie bezpieczeństwa. 

o 14:00 jem obiad. Nie lunch. Nie posiłek po treningowy. Obiad. Tak po prostu zdrowo. Nie nadaję mojemu życiu nowomodnych znaczeń, bo to jest bez sensu. Obiad zawsze będzie obiadem, choć ułożony jest stricte pod moje zapotrzebowanie i plan dnia. To taki mój sekret… gdy mówię o jedzeniu śniadań, obiadów, kolacji to łatwiej trzymać się planu. Gdy mówię po posiłkach przed treningowych, po treningowych, regeneracyjnych… nagle wszyscy popadają w popłoch. Niepotrzebnie. 
Niepotrzebna jest zmiana dotychczasowego nazewnictwa. Celebrujmy naszą tradycję. No chyba, że chcemy zabłysnąć w socialach.

O 15:00 wreszcie mam czas na organizację. Czasem domu, czasem skrzynki mailowej, bloga… trochę rzadziej. Choć częściej teraz wykorzystuję ten czas na czytanie. Mam ostatnio szczęście do wciągających książek, więc pranie i pisanie czeka sobie na “jak będę mieć czas”. Przecież tylko wywiązuję się z noworocznych postanowień. Chciałam więcej czytać? No to czytam. Reszta niech leży, albo zrobi się sama (dlaczego się nie robi, ja się pytam?).

16:15.
Fuck. Fuck. Fuck. 
Za 5 minut skończy się angielski. Lecę do przedszkola. Zdążyłam. Czekam. 
-Mamo, a pójdziemy na plac zabaw?
-Mamo, a do sklepu z zabawkami? Potrzebuję więcej klocków.
-Ale ja naprawdę potrzebuję. Muszę wybudować kamerę.
-no taką na szpulki.
-Mamo, nogi mnie bolą. Poniesiesz mnie?
-Żarcik
-Pobaw się ze mną!
-Nie lubię bawić się w jogę.
-Mamo, opowiedz mi jak pracuje silnik.
-Zrobisz mi rybkę?
-Dlaczego nie masz rybki? Musisz wiedzieć, że będę chcieć. Przecież jesteś mamą!!!

O 18:00 zamykam się w łazience. Staram się ogarnąć. Nie chce mi się wychodzić. Nigdzie. Z łazienki. Z domu. Jest mi cieplutko i dobrze. Policzkuję się w myślach: “przecież to lubię! Uwielbiam!”. Gdy wychodzę na zewnątrz uderza mnie rześkie powietrze. Zaciskam ręce na macie. Wchodzę w mrok. Przez całą drogę powtarzam mantry – nowy nawyk.

19:00 
Wdech – unosimy ręce do góry. Wydech – skłon. Wdech – prawa noga do tyłu, otwieramy klatkę piersiową. Wydech – dostawiamy lewą nogę. Deska. W dół Chaturanga. Wdech Kobra…

Kolejna Mantra. Robię to już z automatu. Czasem tylko nogi mi się pomylą. Lewa? Prawa? co za różnica, skoro Wszyscy Wszystko Wiedzą. Potrafią zrobić to z zamkniętymi oczami (mam nadzieję!). Oni nie wiedzą, ale ja wiem, że z kolejnymi zajęciami są coraz lepsi i chyba trochę nerwowo reagują, gdy mówię, że “dziś będzie spokojnie”. Nie wiem dlaczego. 

Wychodzę ze spokojną głową. Joga działa na mnie terapeutycznie nawet gdy jestem w trybie pracy. 20:15… nie śpieszę się. W wieczornym powietrzu czuć już wiosnę. To był dobry dzień. Kolejny… Czuję wdzięczność.

O 20:45 mam tyle energii, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. Poczytam! Może coś obejrzę… o Walkiria za kwadrans. Wskakuję w piżamę i zaparzam herbatę. Cieszę się bo nigdy nie obejrzałam do końca. 

21.30… tracę kontakt z rzeczywistością.
Odpadłam.

Godzina 05.15:
-Mamo, zrób mi śniadanko. Jestem głodny. 
-Maaamooo chcesz, żebym umarł z głodu?

Żarcik? Powiedz, że to żarcik…