IX PKO Silesia Marathon – relacja z półmaratonu

IX PKO Silesia Marathon – relacja z półmaratonu

Do tegorocznej edycji PKO Silesia Marathon przygotowywałam się z ogromnym zaangażowaniem. To był mój trzeci start w tej imprezie i pierwszy w roli Ambasadorki. Nie ukrywam, że żyłam tym biegiem przez wiele miesięcy, co zapewne zauważyliście śledząc moje konta społecznościowe. W tym roku było inaczej. Wciąż napływające informacje o przygotowaniach imprezy, konkursy, kontakt z organizatorami, ambasadorami i wieloma biegaczami, którzy tak jak ja czekali na ten start, sprawił, że mój czas przygotowań stał się wyjątkowy. 

Oczywiście w tym roku zrobiłam swoją życiową formę biegową. Dzięki współpracy z moją ukochaną trenerką Asią z i-Sport poprawiłam wyniki, poukładałam sobie to całe bieganie w głowie, od nowa zakochałam się w bieganiu. Dobry plan, opieka, telefon podczas kryzysu… mogą działać cuda. O taką ilość motywacji nigdy bym siebie nie podejrzewała. I mówię to Ja- Trenerka, bo muszę przyznać, że bardzo ciężko jest wyjść z roli trenera i ponownie stać się podopieczną. Myślałam, że wiem co robię… a jednak okazuje się, że nie wiem nic. Pokornie spuściłam głowę i robiłam swoje. Efekty przyszły bardzo szybko, a na dwa tygodnie przed startem byłam w życiowej formie. Potem trochę się posypało. Najpierw tygodniowe ulewy wyhamowały moje treningi, a gdy już z desperacji wybiegłam na ulice dopadło mnie paskudne przeziębienie. Stanęłam na starcie z  katarem i niezbyt dobrym samopoczuciem. Gdyby ten bieg odbył się dwa tygodnie wcześniej… 

Od nowa poukładałam sobie głowę. Musiałam wyrzucić “gdybanie”, bo nie ma idealnych warunków na start. Zawsze znajdzie się wymówka. Albo za gorąco, albo za zimno. A tu jakaś kontuzja, z drugiej strony ogólne samopoczucie. Chyba każdy znajdzie powód do tłumaczenia się. Prawda jednak jest taka, że warunki są dla wszystkich sprawiedliwe. Ta sama pogoda, ta sama trasa. Każdy mierzy się ze swoimi słabościami, kondycją fizyczną, psychiczną, zdrowotną. Jeden podejmuje walkę, drugi odpuszcza, trzeci świetnie się bawi. 

Postanowiłam zrobić swój najlepszy bieg z tym co miałam i świetnie się bawić właśnie!

Na miejscu pojawiłam się tuż przed startem maratonu. Lubię tę adrenalinę tuż przed. Lubię patrzeć jak startują biegacze. Zazdrość, że oni już biegną, miesza się ze strachem o własny start i z radością z bycia częścią tej imprezy. 

 

Przez godzinę włóczyłam się wraz z tłumem biegaczy. I w zasadzie się cieszę, że miałam aż tyle czasu. Mogłam w końcu pogadać z Ambasadorkami, bo w ciągu tych kilku miesięcy najlepiej wychodziło nam mijanie się wzajemne na kolejnych imprezach. Życie. Pierwsze i jakże cenne dla mnie pamiątkowe zdjęcie zrobiłyśmy tuż przed startem.

Potem już rozgrzewka. Ustawianie się na starcie. Wypatrywanie baloników. Nadmuchane zające powiewały radośnie na tle słonecznego nieba. Pogoda jak zawsze dopisała. Jak ktoś mnie kiedyś zapyta jaka pogoda będzie w październiku, to będę odpowiadać: w dniu startu Silesia Marathon będzie ciepło i słonecznie. Nie wiem z kim oni pakt zawarli, ale co roku jest pięknie!

Na Starcie było tłoczniej niż zwykle, co tylko wzmagało napięcie. 

Start.

Wciąż tłok. Na szczęście na Chorzowskiej jest szeroko, więc bieg slalomem był naprawdę przyjemny. Wystartowałam za szybko, tzn. nie według planu. Ale wiedziałam, że plan i tak się sypnął. Pierwszy raz zamiast wody i żeli, wszystkie możliwe kieszenie wypełniały chusteczki higieniczne, więc skoro i tak moja forma pozostawiała wiele do życzenia, postanowiłam  zrobić ten bieg po swojemu. Póki miałam siły dawałam z siebie wszystko. I o dziwo biegło mi się bardzo komfortowo! 

Na Muchowcu ucięłam sobie przyjemną pogawędkę z grupą biegaczy spoza Katowic (nie pamiętam skąd).

Biegacz 1 – nie widziałem, że Katowice są takie zielone 
Biegacz 2 – ja nie wiedziałem, że jest tu tyle wzniesień
Ja- a Panowie pierwszy raz biegną w Silesia Marathon?
Biegacz 1- my pierwszy raz w Katowicach.

wybiegamy z Muchowca. Podbieg.

Biegacz 1 – f**k, 
Biegacz 2 – Ja p***le
Ja- Panowie! Poczekajcie z taką recenzją aż dobiegniemy do Siemianowic!
Biegacz 2- będzie gorzej?

Ja (śmiech) – będzie!

I zostawiłam miłych panów. Biegłam swoje.

Monte Cassino. Cudowne dzieciaki! Na nich zawsze można liczyć. Ten doping, ten hałas, po niemal 10 kilometrach ciszy naprawdę dodają skrzydeł. Ale nie można dać się zwieść. To ostatnia prosta, potem zaczyna się walka. Ja już to wiedziałam, więc wyhamowałam. Unormowałam tempo. To co nagoniłam w pierwszych kilometrach to moje. Teraz zaczął się półmaraton.

Wdech. Wydech na dwa. Wdech. Wydech na dwa… Tętno stabilne. Zapas chusteczek w jednej kieszeni się skończył. Katar coraz bardziej doskwierał, ale przynajmniej odciągał uwagę od czekających podbiegów i zmęczenia. 

Jeden podbieg. Drugi podbieg… Kilometry podbiegów! Nogi ciężkie. W głowie chaos. Słuchawki wypadły mi z uszu i zaplątały się o łańcuszek. Trudno. Trudno się biegnie, ale czas mam dobry. Jak to możliwe? 

Na szczęście mijam wieżę telewizyjną. To już prawie koniec.

Wbiegamy do Parku Śląskiego, a tam zaskoczenie! Wszędzie kibice. Każdy podaje wodę, izotonik. Ktoś stał nawet z czekoladowymi cukierkami. Cień. Ostatnie trzy kilometry zrobiłam w najlepszym tempie. Dziękuję za ten doping, za atmosferę. Biję brawo kibicom. Ktoś krzyczy “Kaśka biegnij!” “Widać już stadion!” . Oczywiście nic nie widzę, ale wierzę. Przede mną baloniki na 2h. Łudzę się, że jak ich wyprzedzę to złamię dwie godziny. 

W zasadzie łudzę się, że ich wyprzedzę. 

Najpiękniejszy moment to bieg przez ten park. Tak myślałam do momenty, kiedy przede mną nie wyrósł ON. Piękny, majestatyczny Stadion Śląski. Aż przystanęłam na moment. Serce zaczęło walić jak oszalałe. To już koniec. 

Wbiegłam w tunel. Zerkam na zegarek. U mnie już 2h. Ale to nic, bo widok tej niebieskiej bieżni rekompensował wszystko. Gdy poczułam ją pod stopami chciało mi sie płakać. Serio. Spojrzałam w górę. Na trybuny. Szok.

No szok. Tak jeszcze nigdy się nie czułam. Na pewno nie na biegu. A na pewno nie na finiszu. 

I słyszę:
– Kasia biegnij. Złamiesz dwie godziny! 

To Agnieszka. Z pomponami. W dżinsach i czarnych botkach. Biegnie obok o krzyczy do mnie (na mnie?). Kolejny szok. Cieszę się na jej widok i biegnę. Widzę zegar… wiem, że to był blef… ale to nic. Zwolniłam tylko po to, by delektować się tym finiszem. Tak naprawdę nie chciałam schodzić z tej bieżni. 

02:01:45
K open: 211
K30: 101

I w zasadzie zrobiłam życiówkę, choć się nie spodziewałam. Pobiłam swój poprzedni wynik na tej imprezie o całe dwie sekundy!

Za metą medale… i żal, że już wszystko się skończyło.

To był mój najlepszy bieg. I nie chodzi wcale o wynik. Biegłam na luzie, ze spokojną głową, delektowałam się atmosferą. A wynik. Jest jaki jest, ale najważniejsza jest świadomość, że nie mogłam tej trasy, tego dnia przebiec lepiej. Dałam z siebie 100%

Meta na Stadionie Śląskim będzie śniła mi się jeszcze bardzo długo.

Wychodząc już za bramę dostałam kolejny wzruszający moment do kolekcji. Asia, trenerka przyjechała prosto z Warszawy tylko po to by dopingować swoich podopiecznych. Co za radość! Uściskałam ją tak mocno, że bałam się, że ją połamię. Wisienka na torcie 🙂

Chwilę potem wpadłam w objęcia kolejnej kobiety – Gabrysi. Zawsze jest, zawsze kibicuje i robi najpiękniejsze zdjęcia! No może Krzysztof robi te zdjęcia. Taka rodzina to skarb! 

Dziękuję Wszystkim, którzy byli, którzy kibicowali, trzymali kciuki. Fajnie jest Was mieć.

Ps. Wojciech oczywiście biegł razem ze mną, ale to osobna historia… próbuję go namówić by ją spisał. Ciężko mi idzie. Najważniejsze, że wciąż jestem szybsza 🙂



4 thoughts on “IX PKO Silesia Marathon – relacja z półmaratonu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *