XXV Bieg im. Wojciecha Korfantego. Relacja

XXV Bieg im. Wojciecha Korfantego. Relacja

Minął już prawie tydzień od mojego pierwszego biegu w tym sezonie – “Korfantego”. Nie był to jednak mój pierwszy bieg na tej trasie. Widziałam, czego mogę się spodziewać. Jak rozłożyć siły. Biegałam już tutaj w słońcu, deszczu, nawet śnieg kiedyś prószył, podeszłam więc do tematu “na pewniaka”. Znam to! A jednak…

Zanim zacznę opisywać sam bieg, to muszę się przyznać, że początek sezonu miałam kiepski. Naciągnięty na jodze Achilles długo dawał się we znaki, potem paskudne przeziębienie (choć coraz częściej myślę, ze to alergia, bo niemożliwym jest bym dokładnie na przełomie marca i kwietnia, rok w rok łapała przeziębienie), no i zimowe smogi nie pozwalały mi wybiec na ulice. Trudno. Czasem tak bywa, że sezon trzeba otworzyć znacznie później niż się planowało. Bieg Korfantego to dla mnie coś na wzór próby generalnej, która pokazuje jaka jest moja realna  forma. 

Wracając już do samego biegu, to na miejscu byliśmy tuż po godzinie 9:00. My – ja i mój mąż. Po odebraniu pakietów, snuliśmy się po okolicy. Bieg startował dopiero o 11:00 więc czasu mieliśmy sporo. Staraliśmy się ukrywać przed słońcem, które wyjątkowo mocno prażyło w ten dzień. Trochę z nudy, trochę z ciekawości trafiliśmy do budynku Uniwersytetu Śląskiego, wydział filologiczny, który ukończyliśmy 14 lat temu (!). Dzięki uprzejmości portierki mogliśmy pozwiedzać stare kąty, drugie piętro, schody na których zaczęło się nasze małżeństwo. Muszę przyznać, że nic się tam nie zmieniło… nie wiem czy to dobrze, czy jednak źle.

Gdy plac Sejmu Śląskiego wypełniał się biegaczami, mieliśmy okazję spotkać kilkoro znajomych. To cudowne, że im więcej się biega, tym więcej ludzi się poznaje. Nie wszystkich zdołaliśmy złapać, jak to zwykle bywa na takich imprezach. 

11:00 START
Wystartowaliśmy. Na szczęście na początku nikt nie pomylił trasy, tak jak w zeszłym roku (XXIV BIEG ULICZNY IM. WOJCIECHA KORFANTEGO – RELACJA). Przeciskałam się przez tłum biegaczy – uroki biegania w wąskich katowickich uliczkach. Dopiero na Francuskiej zrobiło się luźniej i jak co roku to tu dostałam skrzydeł. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, ze mój mąż biegnie ze mną ramie w ramię, noga w nogę… przecież na tym etapie zostawiałam go już w tyle. Zły omen.

 

 

PIERWSZYCH PIĘĆ KILOMETRÓW
Biegłam dobrze, choć nie mogę powiedzieć, że równo. Słońce dawało się we znaki. Usta miałam spierzchnięte, głowę schylałam w dół, by w oczy nie świeciło. Byle dotrwać do 5 kilometra, do punktu z wodą. Oczywiście miałam zabrać ze sobą bidon, ale doświadczenie poprzednich edycji pokazało, że bidon jest zbędny, że doskonale daję radę z jednym kubkiem wody w połowie trasy. Nie zabrałam więc…

PIĄTY KILOMETR
Skandal. Zabrakło wody. Biegłam dość szybko. Przede mną może było 400-500 osób, ale za mną prawie 1000. W tym roku bardziej niż zwykle liczyłam na ten punkt. Na łyk wody. Nie potrafię zrozumieć jak Organizator, który mierzy się już z 25 edycją biegu, mógł popełnić tak fatalny błąd. W zeszłym roku błąd na trasie, w tym brak wody, którą Organizator gwarantował biegaczom… Albo Korfanty się kończy, albo to będzie bieg pod tytułem “O! WITAJ PRZYGODO!”

KOLEJNE DWA KILOMETRY
Wybieram to drugie. Po wiązance bardzo zgrabnie użytych i wyszukanych słów łacińskich, zwolniłam. W głowie układałam nowy bieg. Nie dałabym rady cisnąć w takim tempie jak dotychczas. Oczy zachodziły mi słonym potem, usta wyschły na wiór. WITAJ PRZYGODO! Tego się nie spodziewałam. Bieg Niespodzianka. Zaczęłam truchtać sobie. Ot tak byle jak. Byle dotrzeć do mety. Zaczęła się moja osobista walka.

SIÓDMY KILOMETR
WODA! Dzieciaki z pobliskiej szkoły ustawiły swój punkt z wodą! Boże ratunek. Przystanęłam nawet. Wypiłam jeden kubek. Potem drugi. Trzeci złapałam do ręki i w drogę. Woda chlubotała mi w brzuchu i kubku jednocześnie. Postanowiłam chlusnąć sobie tą wodą w twarz, by zmyć tę sól z oczu, by wiedzieć gdzie biegnę. 

JUŻ PRAWIE KONIEC
Kolejne kilometry były spokojne. Już prawie się zrelaksowałam, gdy wyrosła przede mną góra! No wielka jak Kilimandżaro. Ach nie… toż to tylko most w Siemianowicach. Ten Most. Zwolniłam. Tak mocno, że przeszłam do marszu. Wdrapałam się na szczyt, wydawało mi się, ze szybkim marszem, ale równie dobrze mogłam się wlec… Z górki już było łatwiej.

META.
Zegar. Nie patrze na niego. Wbiegam po prostu. Zakładają mi medal. Idę po wodę. Butelka upada na ziemię nim biorę do ręki. Cała w piachu, ale to nic. Ważne, że jest mokra. Widzę Wojtka siedzącego na trawie. Siadam przy nim. On szczęśliwy, że był lepszy ode mnie, ja też szczęśliwa, że znów się czegoś nauczyłam…

1. Zawsze miej ze sobą wodę
2. Nigdy nie biegaj na pewniaka
3. Podchodź do każdego treningu i biegu z pokorą
4. Bądź wdzięczny, że możesz przeżywać takie emocje. One pozostają w człowieku dłużej niż wynik, czy medal.
5. Czasem dumę schowaj do kieszeni i ciesz się zwycięstwem swojego mężczyzny… wszak potrzebował aż 13 lat, by mnie przegonić. Brawo!

 

A teraz oficjalnie

Bieg ukończyłam z czasem 00:56:09
Miejsce Open: 729
Kategoria K-3: 53

Dla porównania wyniki z poprzednich lat:

2017
Czas 00:50:34
Miejsce Open: 392
Kategoria K-3: 14

2016
Czas 00:50:45
Klasyfikacja Open: 522
Kategoria K-30: 19

2015
Czas: 00:53:10
Klasyfikacja Open: 730
K-30: 25

To był mój najgorszy bieg na dystansie 10 km! Ale nie zawsze można być w szczytowej formie. Czasem  trzeba trochę zejść na ziemię, by mieć siły wspinać się wyżej.

Jeszcze tylko zapis z Endomondo: 
Gdzie 7km to punkt z wodą, 9km to most w Siemianowicach

Zasłużyłam sobie na posiłek regeneracyjny!
Houk



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *