38

38

Czasem brakuje mi czasu. Tak, czasu brakuje mi najczęściej. Mimo, że już dawno zaciągnęłam ręczny hamulec, mam wrażenie, że ten karambol życia wciąż pcha mnie do przodu. Bezwiednie. Chciałabym wyjść. Znaleźć bezpieczną łąkę gdzieś w bieszczadzkiej głuszy, postawić drewniany domek na kurzej łapce, chodzić w wianku na głowie i pleść trzy po trzy… do siebie. Ale zegar tyka. Zadania, wyzwania, oczekiwania. A ja? Tak jak mnie nauczono, daję z siebie wszystko. 
Tik tak, tik tak, tik tak…
100% normy
100% normy
100% normy…
Zasypiam uśmiechnięta.

Czasem brakuje mi cierpliwości. Kiedyś cierpliwość nie była moją mocną stroną. Uczyłam się jej przez lata. Teraz uczę innych. Przychodzi jednak taki moment w ciągu roku, że znów napieprza bark, Achilles pulsuje tępym bólem, ciało chce do tej łąki bezkresnej. A ja? Próbuję skondensować swoją wiedzę, podać magiczną pigułkę, sięgam więc do worka bez dna i widzę, jak wiele jeszcze przede mną. Jak wiele przed Wami. I rozkładam bezradnie ręce, wzruszam ramionami… “Bądźcie cierpliwi” mówię. Robię co mogę by, Wam pomóc. I widzę, jak czasem skręcacie w ślepy zaułek lub stoicie w miejscu, ale to Wasza droga. Sami musicie ją przejść. Chwytam się więc tej cierpliwości kurczowo. Biorę głęboki oddech i znów mogę się uśmiechać.

Tego uśmiechu też mi brakuje. Wczoraj zapytałam mojego syna:
– kiedy się uśmiecham?
– Zawsze! a najbardziej wtedy, gdy mnie tulisz, i kiedy idziesz do pracy.
Nie zawsze. Czasem utulam smutek smutkiem. Przeklinam, gdy wkładam ręce w brudne gary i sprzątam rozrzucone skarpetki z podłogi, którą jeszcze godzinę temu doprowadziłam do lśniącej perfekcji. Wychodzę do pracy z podkrążonymi bezsennie oczami, ale wtedy Kosmos rozwala system:
– Cześć, nie mogłem znaleźć spodenek do treningu i przyszedłem w kąpielówkach. 
I uśmiecham się, mimo wszystko, bo tyle dobrej energii kumuluję wokół siebie, że chyba nie potrafię inaczej. 

Czasem pytam siebie “Quo Vadis Katarzyno?”
I zaglądam w głąb swojej duszy. Zamykam oczy i odcinam się od świata zewnętrznego. Co widzę?
Skromną, szczęśliwą dziewczynę. Łokciami torującą sobie drogę do wewnętrznego spokoju, bliskości z naturą, bezpiecznego, chroniącego domu. Dziewczynę, która ucieka od zgiełku, napompowanego sztucznością blichtru, pawich piór, wiedzy niepopartej doświadczeniem, życia na pokaz. 
Nie pytajcie więc mnie, dlaczego nie spędzam urlopu w popularnych kurortach, nie piję kolorowych drinków z palemką, nie idę z Wami na pokaz laserów czy na imprezę “na której koniecznie muszę się pokazać”. Nie wyciągajcie mnie na wyprzedaże w markowych butikach czy na kawę w modnych knajpach. Nie robi to na mnie wrażenia. 

To nie ja.

Ja. Czytam książki na balkonowym leżaku. Chodzę do pracy dłuższą drogą, przez łąki. Dom mój pogrążony jest w ciszy, pozornej. Wsłuchuję się w głosy moich bliskich, w ich ruch i oddech. “Zamykam się” w kuchni, by swoją wiedzą, zdrowiem, energią poczęstować bliskich.  Czerpię garściami pozytywną aurę od osób, które chcą się nią podzielić. Rysuję wokół siebie krąg, przed złymi intencjami. Ubogacam swoje życie doświadczeniami, przeżyciami, wiedzą. Wszystko to posyłam dalej. Spełniam się. Z każdym kolejnym rokiem jestem bardziej świadoma siebie i swojej kobiecości. Idę wytyczoną przez swoją duszę ścieżką bez poczucia zagubienia. Nie szukam. Delektuję się życiem. 

Taka jestem dziś.

Ja. Kobieta, lat 38.
Żona.
Matka.
Instruktorka Jogi.
Trenerka.

Houk.  



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *