Trening dedykowany

Trening dedykowany

– Niewiarygodne, że dwa miesiące treningów z tobą przyniosło lepsze efekty niż moja dwuletnia praktyka w innych miejscach – powiedziała Basia rozgrzewając się do treningu. 

To spontanicznie wypowiedziane zdanie stało się pretekstem do moich rozmyślań na temat treningu personalnego. Każdy trener ma swoją metodę i styl pracy. Oczywiście, w ostatecznym rozrachunku liczą się efekty. Nie mam zamiaru omawiać żadnej metody. Nie sprzedam wam też gotowej recepty na sukces. Dlaczego? Bo nie istnieje droga na skróty. Wszystko, o czym dziś piszę to moja opinia poparta  doświadczeniem.

Po pierwsze przestałam lubić słowo “personalny”. Obecnie kojarzy mi się nijako. Zostało wyprane przez media społecznościowe prawie jak “fit”. Wszystko jest FIT. Jesz jabłko i to jest fit. Idziesz na spacer i to też jest fit. Kupisz nowy strój treningowy i to jest bardzo fit. “Personalny” kiedyś był równoznaczny z “elitarnym”, przeznaczonym tylko dla wąskiego grona. Dziś już tak nie jest. Trenerzy personalni są dostępni dla każdego (i całe szczęście). Jednak pod tym personalnym szyldem kryje się wiele pułapek. Często samą pracę trenera i podopiecznego określa się mianem treningu personalnego, choć czasem przypomina odtwarzanie filmów na YouTube – niby jeden na jeden, a wciąż to samo. Treningi personalne, trenerzy personalni, zajęcia personalne ileż tu można zmieścić. 

Wolę mówić o swoich zajęciach “trening dedykowany”, czyli taki, który jest skupiony na konkretnej osobie. Nie mam gotowych planów, schematów według których pracuję. Kieruję się zasadą “po pierwsze nie szkodzić”. Niezależnie z kim pracuję, najpierw oceniam stan zdrowia, wady postawy, ruchomość stawów, jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości sięgam po niezależną opinię czasem wysyłając podopiecznego do fizjoterapeuty. Nie boję się szukać, pytać, sprawdzać. Niezależnie z jakim planem na siebie przychodzi podopieczny, trening dedykowany powinien weryfikować to, co chce się zrobić z tym, co można zrobić i najważniejsze – co trzeba zrobić, by poprawić stan zdrowia! Zdarza mi się, że podopieczni reagują niedowierzaniem na ćwiczenia, czasem banalne, które im zadaję, a które znacząco poprawiają ich wyniki. [w tym fragmencie pozdrawiam wszystkich, którzy przeszli ze mną, jakże pasjonującą drogę stabilizacji kolana 😉 ].

Tak samo traktuję zajęcia jogi. Nie szkodzić, a maksymalnie pomóc. Nie jest moim priorytetem, by każdy na zajęciach stał na głowie, czy robił szpagat. Chcę, by dostali, to czego potrzebują. Mam możliwość pracy w małych grupach i wykorzystuję to, w takim zakresie, w jakim potrafię. Nikt nie jest anonimowy. Znam doskonale ograniczenia i potrzeby moich podopiecznych i pod nich układam program zajęć. 

Nie jestem czarodziejką. Uzyskane efekty utwierdzają mnie jedynie w tym,że droga treningowa, którą wybrałam dla podopiecznego jest właściwa. Jednak to wciąż jest jego praca, zaufanie do metody treningowej, dyscyplina. Samo się nie zrobi. 

Dlaczego Basia nie widziała efektów wcześniej? Bo zajęcia, na które uczęszczała (konkretnie joga) były układane ogólnie. W dużych grupach nauczyciel nie jest w stanie dostrzec każdego, każdemu poświęcić uwagę, a już na pewno nie jest w stanie tak poprowadzić zajęć, by każdy z uczestników robił to, co mu naprawdę pomaga. A najgorsze, że nie jest też w stanie ocenić, czy dane ćwiczenie/asana jest bezpieczna. Często sam uczestnik nie jest świadomy swoich ograniczeń czy potrzeb. Rolą trenera/nauczyciele jest zwrócić na to uwagę. Wskazać drogę, lub zawrócić jeśli jest błędna. 

Pomagać. Nie szkodzić.

 

 

Z dedykacją dla moich podopiecznych. 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *