X edycja PKO Silesia Marathon – relacja

X edycja PKO Silesia Marathon – relacja

Niewiarygodne jak ten rok szybko zleciał. Czasem mam wrażenie, że mój rok trwa od “Silesii” do “Silesii”, a nie od jednego do drugiego Sylwestra. Każdy ma daty graniczne, czasem są to urodziny, rocznice wydarzeń… Ja urodzin nie celebruję, Nowy Rok witam raczej skromnie, ale na Silesię czekam. Odkąd pierwszy raz wystartowałam w półmaratonie PKO Silesia Marathon (PKO Silesia Półmaraton Subiektywnie), moja droga życiowa weszła w ostry zakręt. Wtedy pierwszy raz poczułam że mogę wszystko. Pierwszy bieg pamiętam jak dziś. Radość przez łzy, walkę o każdy metr trasy, satysfakcję na mecie. “Jesteś Zwycięzcą!” – dudniło mi w głowie, by kilka lat później powiedzieć sobie “Zajebiście, że mogę biegać”…

…ale od początku. Do dziesiątej jubileuszowej edycji przygotowywałam się sumiennie, albo jak kto woli sumiennie unikałam planu biegowego. Moja aktywność zawodowa wyłączyła mnie w tym roku z wolnych godzin, które mogłabym przeznaczyć na bieganie. Oczywiście nie płaczę z powodu tego, że się rozwijam, ale w pierwszym momencie trochę mnie to przerażało. Nie pomagał też fakt, że początek roku miałam bardzo słaby. Jeszcze w kwietniu, ledwo dawałam radę przebiec dychę. Przyznaję, że był nawet moment, że zwątpiłam w mój start w półmaratonie. Na szczęście ogarnęłam się w porę i po prostu biegałam. Bez planu, bez pomysłu, bez ciśnienia tak naprawdę. Uwaga… RAZ W TYGODNIU! Tylko niedzielne poranki przeznaczałam na wybieganie. I przyszedł taki moment, że zaczęło wychodzić. Tak po prostu. Z tygodnia na tydzień było lepiej, a we wrześniu poczułam że Silesia będzie moja!

Niedziela 7.10.2018

W tym roku półmaraton startował z Parku Śląskiego. I to była znakomita decyzja organizatorów. Atmosferę biegu czuć było od wczesnych godzin porannych. Cały park wypełniony biegaczami. Jedni odbierali jeszcze pakiety, inni snuli się po okolicy lub rozgrzewali ciało do walki, którą mieli stoczyć. A tuż obok… ON. Stadion Śląski. Nasz cel. Nasza meta. Kto z nas nie spoglądał na niego z nadzieją? z niepokojem? Ja też! Mimo, iż zajęta byłam rozmową ze znajomymi biegaczami… wciąż spoglądałam w górę. Czas upływał tak wolno…

START

Godzina 10:45. Tłum biegaczy wkoło. Ciasne parkowe uliczki. Muzyka dudniąca w słuchawkach. Odliczanie na Endomondo i ruszyli… Ruszyli? Stoimy… Parę chwil i… idziemy. Hmm… Nogi rwą do przodu, ale korek taki, że szpilki nie da się wcisnąć. I takim szybkim marszem pokonałam swój pierwszy kilometr. Teraz jestem wdzięczna za taki początek, bo dał mi możliwość “spokojnego startu”, który nigdy nie był moją mocną stroną. Kolejne kilka kilometrów pokonałam w pięknym, równym tempie. Nie pamiętam, kiedy zorientowałam się, że biegnę z butelką wody, którą przecież miałam zostawić na starcie. Nie bardzo wiedziałam, co mam z nią zrobić, więc biegłam dalej. 

Pogoda dopisała oczywiście… choć liczyłam, że ta rześkość poranka się utrzyma. Niestety było gorąco, choć w tym roku chmury były łaskawe i osłoniły trochę niebo. 

Nie pamiętam jak zleciało pierwszych 10km. Wiedziałam, że jestem przygotowana na 15km biegu w równym tempie bez zadyszki (włączając podbiegi 🙂 ). Dobiegłam do 17km… i stanęłam. Co roku walczę z tym ostatnim podbiegiem w Siemianowicach. Nie wiem co jest z nim nie tak, ale nie leży mi. Moje ciało nie potrafi go pokonać bez walki. Dlatego postanowiłam nie walczyć (dosłownie pomyślałam, że mam to d****). Przeszłam do marszu, napiłam się wody, rozmasowałam skamieniałe łydki… I tak po prostu pobiegłam dalej. To była najfajniejsza decyzja jaką mogłam podjąć. Nie najmądrzejsza, czy najważniejsza. Najfajniejsza, bo poczułam się z nią dobrze. 

Potem już tylko powrót do Parku Śląskiego. Chłód drzew, kibice, zbiegi… zbiegi… zbiegi… Piękna jest ta końcówka! Gdy zobaczyłam stadion, moje nogi dostały automatycznego przyśpieszenia. Tylko ta butelka w ręce już zaczynała ciążyć. No i głupia sprawa wbiegać na metę z butelką (jak tu podnieść ręce w geście zwycięstwa?). Nie myśląc zbyt wiele, wręczyłam butelkę miłemu panu, który tak pięknie kibicował biegaczom, z prośbą by ją wyrzucił… Bo tak jakoś nie potrafię rzucać śmieci pod nogi, nawet podczas zawodów.

Stadion. Tunel wiodący na tartan, to jeden z moich ulubionych momentów biegu… Niezapomniane uczucie, gdy z ciemności wbiega się na cudownie niebieską płytę stadionu. Oczywiście Stadion Śląski po raz drugi zrobił na mnie ogromne wrażenie. Choć tym razem cieszyłam się nim bardziej, może dlatego że byłam mniej zmęczona. 

 

Meta. Upragniona. Szczęśliwa. Chyba żadnego biegu nie kończyłam z takim uśmiechem. Za metą medale, napoje, folia termiczna, jedzenie… Od punktu do punktu… To było super i w porównaniu z zeszłym rokiem, strzał w dziesiątkę. Nie musiałam stać w kolejce. W ogóle nie musiałam stać… Zresztą gdy tylko stanęłam moje mięśnie nóg żyły własnym życiem i miałam wrażenie, że chcą się rozejść, każdy w innym kierunku…

 

Postanowiłam nie stać, nie siadać tylko dojść na trybuny, gdzie czekała na mnie rodzina. Upewniłam się najpierw, że Wojtek bezpiecznie dotarł na metę i poszłam… trwało to wieczność całą. Szłam i szłam i dojść nie mogłam. Próbowałam zdyscyplinować rozchodzące się mięśnie. No i trafiłam do raju. SCHODY!!! 
– k***a schody! – Powiedziałam na cały głos
– k***a właśnie! – Odpowiedziała mi biegaczka, schodząc tyłem

Cały bieg mnie tak nie sponiewierał jak te schody na trybuny!

A gdy już usiadłam szczęśliwa na niebieskim krzesełku, na niebieskim stadionie, pod niebieskim niebem. Zanurzyłam usta w zimnym piwie, patrząc jak kolejni biegacze szczęśliwie docierają do mety. Pomyślałam sobie…

Zajebiście, że mogę biegać!

 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *